Czara na włościach




Zdzieranie starych tapet jest jak ściąganie starej, martwej skóry. Tak myślałam zrywając wielkie zielone płaty, albo skrobiąc małe skrawki nożykiem. Transformacja musi być bolesna przecież. Pokój wyglądał więc źle. Wielki, pusty, z zielonymi zaciekami na ścianie. Wynieśliśmy wcześniej z niego wszystko. Szafę ze starym mundurem marynarki francuskiej i frakiem angielskiego krawca. Stare książki, trochę klasyki, kryminałów i mnóstwo literatury fachowej, związanej z energią atomową. Zdjęliśmy ze ścian obrazy i wielką tablicę Mendelejewa, tablice rejestracyjne samochodów z Arizony i… koła zębate. Zabezpieczyliśmy grecką amforę, francuską szablę i dwa dziewiętnastowieczne pistolety.

To wszystko należało do wujka D. Wujek D., nosił takie samo imię jak D. Nie przez przypadek. Zmarł kilka dni przed jego narodzinami. Może dlatego D., jako nastolatek, zajął jego pokój w domu w winnicy? Nic nie zmieniając, nic nie przesuwając…  Długo potem pojawiłam się w tym domu ja.

Ja czyli człowiek skądś indziej. Z miejsca, gdzie takich wiekowych, kilkusetletnich domów po prostu nie ma. Urodzona w nowiutkim niewielkim bloku, wybudowanym zresztą staraniami mojego ojca, gdzie wszystko było nowe i błyszczące. I zmieniane co kilka lat, bo ile może przetrwać dekor z lat  osiemdziesiątych? A drewniane, małe domki moich niezamożnych przodków niszczeją już i pewnie wkrótce ich już nie będzie. Ten pęd ku nowemu i świeżemu towarzyszył mi całe życie. W Krakowie zmieniając siedem razy mieszkanie, za każdym razem zaczynałam od renowacji swojego pokoju lub, jak w ostatnim przypadku, mieszkania. Zapach farby, zapach czystości. I czyste, nowe meble.

Dopiero tu we Francji poznałam i doceniłam wartość „starego”. Domu, który jest jak palimpsest, jak archeologiczne wykopalisko. Gdzie nie zmienia się wszystkiego co parę lat, ba, nawet co parędziesiąt lat. Jednak życie nie znosi pustki i zastoju. To co stoi, nieruszane, zaskorupiałe umiera. A dom, choć przypomina muzeum, muzeum być nie może.

Dlatego wkroczyliśmy z pędzlami i wiaderkami z farbą.     Zdzieraliśmy więc, szpachlowaliśmy, szlifowaliśmy, kładliśmy warstwy gładzi, by na nich kłaść warstwy farby… Nowa skóra. Nowy pokój.
Całe życie wujka D., który zmarł jakieś ponad trzydzieści lat temu, jest teraz w kartonach. Z naklejkami: prywatne, zdjęcia, praca… Wyeksmitowałam go z jego własnego pokoju, ja, przybysz skądinąd, za którym ciągnie się zapach świeżej farby…

***

Tak wyglądał cały sierpniowy tydzień. Poranek i słońce w oczy. Przemywam się w starej łazience, przylegającej do pokoju rodziców D., który chwilowo kolonizujemy. Zbiegam na dół, zrobić kawę dla mojego taty, który dzielnie z pędzlami walczy od świtu. Przygotowuję śniadanie. I robię obchód całego, ogromnego domu. Otwieram okiennice. Uwielbiam otwierać okiennice. Wchodzić do nigdy nieużywanych pokoi i kierować się w stronę strużek światła. Otwarte okna, wystarczy tylko podnieść zasuwy (coś mi tu brakuje w słownictwie technicznym, podnoszenie i zasuwy, czy to idzie razem w parze?).  Popchnąć mocno oba drewniane skrzydła i dać się zalać światłu. Świeżość poranka i słońce od strony wschodniej, zapach ogrodu i chłodny powiew od tej zachodniej.

I nagle, w samym środku tej francuskiej wioski, patrząc z daleka nad Żyrondę, szukając nozdrzami powiewu znad Oceanu, wydaje mi się, że właściwie mogłabym tu już tak zostać. Codziennie rozpalam ogień w wielkim palenisku, gdzie grillujemy codziennie mięso, kiełbaski lub rybę. Idzie mi z tym ogniem coraz lepiej. Popołudniu piję kawę z widokiem na stare drzewa w ogrodzie i ciepłem na mojej skórze. Wieczorami, pod niezwykle gwiaździstym niebem, spacerujemy już sami, tylko ja i D., wśród winorośli. Chwilami wydaje mi się, że może niczego innego do szczęścia nie trzeba, może moje miejsce jest właśnie tam… Wyobrażam siebie właśnie tam, strażniczkę ognia, strażniczkę domu i wszystkich jego sekretów, zażartą ogrodniczkę, wspaniałą kucharkę, jednoosobową nawet ekipę remontową…

Ja, która lato w Paryżu spędzam na Placu Clichy, gdzie przy samym rondzie mam swój ulubiony stolik. Ja, z uczuleniem na kurz, silnie rozwiniętą insektofobią, wierząca ciągle, że nietoperze, których w  domu nad winnicą nie brakuje, czekają tylko, by wplątać się w moje włosy… Ja, która mam do wyboru trzy kina za ulicą i nie zliczę ile teatrów w dzielnicy.

A potem z każdym dniem energia opada. Data powrotu się zbliża, więc kończymy z wypadami na plażę, mówimy do widzenia rowerowym przejażdżkom do portu. Poranny jogging wśród słonecznikowych pól nawet nie przychodzi na myśl, całe ciało, nieprzyzwyczajone do pracy fizycznej, mam obolałe, ledwo, dosłownie mówiąc, trzymam się na nogach. Dom wysysa ze mnie całą energię. W różnych kątach czają się ciągle niespodzianki, od których jeżą mi się włosy na skórze: kartony z pineau wciąż podjadają termity, pod jedną z wykładzin, którą bezskutecznie próbuję odkurzyć, odkrywam tony żółtego proszku – to stary, wyschnięty na proch klej, z którego oczyszczanie zajmie mi parę dni,, a w jedynej łazience z prysznicem zatyka się totalnie odpływ i poremontowa woda zalewa drewnianą podłogę…  Do tego przez okna wpada jakieś afrykańskie powietrze, jakbyśmy byli co najmniej w Grenadzie, a nie nad Bordeaux, a po każdą głupotę, której mi brakuje w kuchni trzeba jechać ileś kilometrów do sklepu…

Wróciliśmy do Paryża  tragicznie zmęczeni, ale pełni satysfakcji. Przed oczyma mieliśmy wciąż biel ściany i niebieską świeżość ozdobnych pasów. Mnie do dzisiaj śni się podłoga, stara drewniana podłoga, którą szorowaliśmy po remoncie pół dnia, którą z czułością pastowałam, kolejną połowę.  Ale w naszym ciasnym mieszkanku odnaleźliśmy się bez problemu. Weszliśmy gładko w rytm paryskiego życia, z dwoma płytkami grzewczymi zamiast paleniska, z piknikami w parku publicznym, zamiast własnego ogrodu.

A stary dom czeka. I chyba wie, że i tak wrócimy prędko.

32c komentarze/y do Czara na włościach

  • czara

    Katasiu, rozbawiłaś mnie! Ja chyba dalej jestem zatwardziałą Paryżanką ale i wielką miłośniczką francuskiej prowincji od moich pierwszych podróży po tym kraju… Ale co do pół drogi – nie ma sprawy, umawiamy się w Tuluzie? :) PS Świetnie, że wreszcie wróciłaś !

  • Czaro, ja również właśnie we Francji doceniłam urok starego – kamiennych domów na korsykańskiej i prowansalskiej wsi, ciężkich, starych mebli, którymi – na równi ze sztuką współczesną – swój dom wypełnili moi teściowie.

    Z ciekawością obserwuję jak z zatwardziałej paryżanki zmieniasz się powoli w miłośniczkę francuskiej prowincji. Kto wie, może za parę lat spotkamy się gdzieś w pół drogi między prowansalskimi a bordoleskimi winnicami?

  • Nie, bez Ciebie to nie chcę tu być. Rozglądam się , rozpoznaję i z powątpiewaniem się witam. To heca na 14 fajerek! A myślałam, że sama zarządziłaś wiosenne porządki na jesień. To trzymaj się wiatru i dryfuj gdzieś do domu. Pa!

    ps.
    Captchy nie ma, idzie lepsze.

  • czara

    @Tamaryszku
    „Jestem chyba tu, gdzie chciałam być”. To chyba jesteś tu sama, beze mnie ;-) Ja jestem niewinna, po prostu ukradziono mi starego bloga, przepraszam za wszystkie niedogodności.

  • Jejku! Ale szaleństwo. Chyba jeszcze niedokończone lekko (biała pustka w banderze u góry), a już jest tak, że całkiem na nowo. Dobrze, że wszystkie teksty zostały. I twoje zdjęcie w przedostatniej notce. Jestem chyba tu, gdzie chciałam być. No nareszcie, jest archiwum.
    A ten kod Captcha to on musi być? Ja jestem Głupi Miś w te klocki. Widzę co innego niż trzeba i muszę po kilka razy wpisywać (to ta paskudna wyobraźnia).
    Pozdrawiam!

  • czara

    @Mario,
    Twoje sny są fascynujące. Ale uważaj komu je opowiadasz ;) Ja jestem pasjonatką snów i uwielbiam je interpretować. Ale Twoje wyglądają bardzo pozytywnie!

    @Kasjia
    nie oglądałam, a domyślam się, z tego co piszesz, że warto?

    @pietia
    Dziękuję bardzo, szalenie mi miło. Polecam też inne blogerki paryskie (znajdziesz kilka linków po lewej stronie), ja śledzę na bieżąco.
    Pozdrawiam!

  • pietia

    Jestem tu pierwszy raz i jestem zachwycony. Inna blogerka Ania z Oksfordu zachęciła mnie, że jeśli czytać o Paryżu i o Francji, to koniecznie tutaj. No i proszę: taki piękny wpis o Domu na dzień dobry:) Zazdroszczę! I oczyma wyobraźni sam otwieram te okiennice…
    Czarująco po prostu!

  • Kasija

    Twoj wpis(ten i poprzednie o domu) skojarzyl mi sie z filmem „Dobry rok”. Szafa pelna ubran, gazety, listy, ksiazki, jakby ktos tylko na chwile wyjechal, zaraz mial wrocic.
    Ja lubie z klei stare domy, stare mieszkania, a tak sie sklada, ze zawsze mieszkam w stosunkowo nowym badz calkiem nowym:)Za to podczas wyjazdow staramy sie mieszkac w starych wnetrzach. Pozdrawiam:-)

  • maria

    Stare domy towarzyszyły mi od urodzenia po wczesną młodość. Urodziłam się w ‚poniemieckim’ domu mojego dziadka na Warmii. Pełnym pozostałości po poprzednich właścicielach, od mebli, obrazów po kuchenne drobiazgi. Tak samo domy na wsi mojej dalszej rodziny, gdzie spędzałam wakacje. Domy pełne tajemnic, komórek, piwnic, gdzie zawsze znalazło się jakiś intrygujący drobiazg pamiętający przedwojenną historię. Później to już nowe mieszkania w blokach, najpierw z rodzicami, potem moje własne mieszkania. Nowe, małe, bez tajemnic, niejakie. I powtarzające się sny o tym, że odnajduję jakieś zagubione, nigdy nie otwierane pokoje, komórki, skrytki. I to uczucie towarzyszące tym odkryciom, uczucie ogromnej ulgi, radości, że nareszcie znalazłam…

  • czara

    @Chiaro
    musiałam sobie przypomnieć ten fragment, choć film oglądałam ponownie niedawno. Rzeczywiście potrząsa zaczeską! Nożyk posiadam taki sam ;)
    http://www.youtube.com/watch?v=-99UGRkG_Bg

  • chiara76

    ale potrząsałaś ekstatycznie zaczeską?:) (sorki, ale ta scena z tatą Amelii należy do jednej z moich ulubionych, taka radość przy zdawało by się tak prozaicznym zajęciu, to trzeba umieć zagrać. Teraz już wiem, że aktor zapewne, jak Ty, uwielbiał to robić;))).

  • czara

    @Janku
    czyli Cię przekonałam, tak to przyjmę!

    @LA
    jak zwykle głębokie refleksje w eleganckich słowach… A co do dopisku, to wiesz, ja się przy Tobie czuję jak taki słoń w składzie porcelany. Co palnę, to jak kulą w płot i jeszcze mam gwarancję, że wszystko mi zostanie wypomniane ;)

    @egoiste
    no widzisz, ja też kiedy pierwszy raz zobaczyłam krakowskie kamienice, to byłam w szoku. Pamiętam, jak dziwiłam się, że można mieć tak wysoko sufit! Nie podobało mi się;) A teraz nie chcę słyszeć o nowym budownictwie, a właściwie „nowym” i tych wszystkich „résidences de standing”, nie mam ochoty się ruszyć z naszego „haussmanna”.

    @Mario
    rzeczywiście, to był taki moment… Nawet nie pomyślałam. Wszystko co niewygodne było daleko. A Twoje wspomnienia to na pewno cenny zapas. Na gorsze dni.

    @Alice
    dziękuję i zaraz wpadnę! :)

    @Chiaro
    jesteś genialna! Że też nie wpadłam na to, a D. i mój tata tak podejrzanie na mnie patrzyli jak ekstatycznie zdzierałam wielkie płaty, krzycząc „wow, cudownie, wspaniale!” ;) Co do starych domów… zawsze myślałam tak jak Ty. Marzyłam o wnętrzach bez historii, które nic innego nie zdominuje, tylko ja ;) Teraz już nie jestem tego taka pewna. Jest coś w tym domu, chyba jego trwanie, niezmienność, nieprzechodzenie z rąk do rąk, co daje jakieś poczucie zakorzenienia się, stabilności, związku z przeszłością.

    @ulotna wieczność
    dziękuję i zapraszam.

  • ulotna_wiecznosc

    Dobrze się Ciebie Czarusiu czyta , tym sposobem zyskałaś nową czytelniczkę;-)

  • chiara76

    piszesz-zdzieranie tapety, ja widzę ojca Amelii, jak ekstatycznie zrywa kolejny taki płat (jak wiemy, ojciec Amelii uwielbiał zrywać starą tapetę:)…
    Nie mam nadmiernych sentymentów do starych domów. Ba, szczerze mówiąc, wolałabym wybudować sobie swój dom od nowa, niż zamieszkiwać w takim, w którym wciąż dużo pracy.
    Niemniej jednak raz na jakiś czas jakiś stary dom robi na mnie wrażenie, o czym nawet pisałam tu:
    http://chiara76.blox.pl/2006/05/Cassa-Roccai-refleksji-kilka-jeszcze.html

  • Alice-in-Wonderland

    w takim razie zapraszam do siebie :)
    http://smakujac-alice-in-wonderland.blog.onet.pl/
    i witam na moim-nie moim skrawku internetowej pajęczyny :)

  • maria

    Wzruszyłam się, czytając fragment o tej chwili zatrzymania, doświadczeniu harmonii w pięknych okolicznościach przyrody. Miałam takie chwile w życiu, kiedy podróżując doświadczyłam, że to jest to właśnie miejsce, kiedy poczułam, że jest tylko tu i teraz, spokój, harmonia ze wszystkim co mnie otaczało. Niestety do tych miejsc już nigdy nie wróciłam i pewnie nie wrócę, ale wspomnienia zachowam na zawsze.

  • egoiste

    dokladnie z tym „starym domem” i jego wartoscia, dokladnie…

    dlatego ja kiedys (bedac juz we Francji na stale od lat kilku) kupilam w Krakowie mieszkanie w starej kamienicy, przepieknej… a bylo to w czasach kiedy wszyscy sie dziwili bo przeciez sa nowe osiedla, wysoki standing, ogrodzenie i stroz, to nic, ze daleeeko poza miastem prawdziwym…
    a mnie Francja tak natchnela, swiadomosc tego, ze prawdziwa wartosc ma wlasnie to, co prawdziwie stare, archaiczne. do dzis zaluje ze sprzedalam.
    pozdrowienia

  • LA

    Czaro, kiedy tak czytałem Twoje słowne czarowanie, przypomniało mi się coś, co napisałem swego czasu na moim blogu. Tak mi się wydaje, że pasuje tu tutaj, jak ulał:

    „Nasze mity podróżne mogą się potykać o przydrożne kamienie, ale nigdy nie zostają porzucone. Nigdy też nie opuszczają prawdziwego pielgrzyma. Realna twardość miejsc, do których docieramy nie jest w stanie odebrać im mglistej aury czegoś nieokreślonego – czegoś, co pojawiło się w śnionych przez nas na jawie obrazach, w marzeniach o przygodzie, o odzyskaniu utraconego raju, w tęsknocie za doświadczeniem Niezwykłego.
    Lecz próżna byłaby nasza pogoń za duchem miejsca, za magią jaką emanują lokalni bogowie, za poezją prozy życia tubylców, gdybyśmy tej cudownej aury nie mogli dostrzec na codzień – nawet w tej przyciasnej klatce naszych przyzwyczajeń, w monotonii karmienia się chwilą powszednią, w rutynie marnotrawienia czasu przeciekającego nam przez palce – zaprzepaszczaniu godzin, dni i lat naszego życia.
    Cudowność świata zabieramy do torby podróżnej, walizki lub plecaka z nami. To bagaż, który nie jest ciężarem a ciągłym zadziwieniem.
    Cudowności świata się nie szuka, nie wygląda… ona nigdzie na nas nie czeka. Ona jest tu i teraz albo… nie ma jej – dla nas – wcale.”

    No to może wystarczy. A skąd to jest, to już tego pisał nie będę – co by znów nie być posądzonym o autoreklamę ;)
    Pozdrawiam,

    i czaruj dalej, czaruj… czarować jest chyba jednak dobrze – w końcu cóż nam innego zostało, jak wyczarowywać taki świat, jakiego byśmy chcieli? ;)

  • janek

    :)))To Twój chyba najlepszy komentarz. Wspaniała forma!

  • czara

    A Ty tak we wszystko wierzysz, co Ci się napisze? ;-)

  • janek

    Ooo, czy mnie zniechęciłaś? Wręcz przeciwnie, zachęciłaś … do opozycji. Bo jednak „dom przecież pulsuje przeszłością, żyje własną duszą”, w ogrodzie można „spacerować po świeżo skoszonej trawie, ciesząc się cieniem ogromnych, starych kasztanowców i widokiem na Żyrondę” […]. „Obiady i kolacje [można jeść] w starej kuchni przy ogniu trzaskającym w palenisku”, popijając „koniakiem lub winem likierowym zwanym pineau”.
    Ale to jeszcze nic! Gdyż: „najbardziej lubię zaszywać się między laskiem i winoroślą, zaraz koło murowanej wieżyczki obserwacyjnej. I czytać, czasem tylko w przerwach zerkając na Ocean. Lub jeździć do małego portu bardzo starym rowerem Peugeota. Albo wylegiwać się na plaży, w czasie odpływu, kiedy całe połacie piasku są tylko dla nas. Albo w czasie przypływu, kiedy co kwadrans trzeba przesuwać ręcznik, bo woda podchodzi już do stóp”. Ten cytat (ewentualnie mogę podać autora) mówi wszystko. Mówi o tym wszystkim, czego nie mam, a pewnie (jak się znam) chciałbym mieć …

  • czara

    @Janku
    wyobraź sobie, jak tam tną komary (tereny bagniste), a na wszelkich przyjezdnych czekają ciężkie prace w ogrodzie i remontowe. I sprzątacze ;) Na ścianach ciągle czają się pajęczyny, możesz je zrywać ile chcesz, wystarczy parę godzin by robótka była znowu gotowa… Do Oceanu jest jeszcze 50 km i na drogach jest dużo amatorów wielkiej wody.
    Zniechęciłam Cię? :)

  • czara

    @Alice
    dziękuję! Ale trzeba zostawić jakiś namiar na siebie, nie wiem czemu ten serwis proponuje tylko e-mail, ja bym chciała iść po sznurku do kawałka internetu Autorki :)

  • janek

    Tony żółtego proszku, zrywanie tapet, skąd ja to znam? Bo nigdy nie wiadomo co lepsze: satysfakcja i lepsza ekonomia, czy może zamiast tego wykorzystanie czasu na coś bardziej „sensownego”? Z drugiej strony: dom obok winnicy, nad Atlantykiem, siedemnaście pokoi, szabla na ścianie…, ech czaro… któż o tym nie marzy? Bo ja przyznam się, że tak :). I nawet piękny Paryż z tym marzeniem przegrywa.

  • Alice-in-Wonderland

    Lubię twojego bloga :) Już od jakiegoś czasu tu zaglądam. Chyba praktycznie od momentu, kiedy sama pojawiłam się w blogosferze. Zawsze tu coś dla siebie znajdę. Taką chwilę ciszy wykrojoną ze zgiełku całego dnia… Mam nadzieje, że będziesz pisać jak najdłużej :) Pozdrawiam serdecznie!

  • czara

    @Lesław
    tak? Ciekawe czy te z mojej kamienicy, by Ci się podobały…

    @Ewo
    współczuję „fachowców”. Ja od prawie wszystkiego mam tatę a i sami z D. zaczynamy coraz więcej potrafić. Oby Twój remont poszedł gładko i z jak najmniejszą ilością pyłu i plam po olejnej ;)

    @chocolatchaud
    za to weluksy celują prosto w niebo :)

    @Bee
    tak, a dla archeologów zostawiliśmy nawet kwadrat z dawną tapetę i napisaliśmy ołówkiem datę remontu. I nasze imiona ;)

    @Holly
    to prawda. Ponieważ kiedyś dużo się przeprowadzałam, zawsze uważałam, że żeby zaprzyjaźnić się z nowym miejscem trzeba je albo mocno wyszorować, albo wyremontować właśnie. Nic tak nie tworzy więzi.

    @Mała Mi
    faktycznie, gorące lato bardzo pasuje. I taki dom, to chyba jest jedyne miejsce, gdzie można się schować przed słupkiem rtęci dochodzącym do 40…

  • mala mi

    Takie stare domy z ogrodem kojarzą mi się zawsze z gorącym latem i zimnymi murami :)
    I jeszcze lubię stary parkiet :)

  • Holly

    Czaro, pięknie Ci na tych włościach, pasują do Ciebie…No i one mają szczęście do nowej pani, która z troską, miłością i respektem się nimi zaopiekuje. Powodzenia w pracach remontowych, ponoć wszystko, co zrobi się wielkim wysiłkiem i własnymi rękoma ma dla nas największą wartość.

  • Bee

    Przepadam za starymi domostwami, pełnymi pamiątek po ludziach i epokach, jak również za opowieściami o nich (przeczytałam wpis archiwalny). Macie z D. teraz swój udział w tworzeniu historii tego domu :)

  • chocolatchaudalacannelle

    Znam „smak” otwierania okiennic, poranne powietrze które orzeźwia i blask słońca. Tęsknie za tym, bo teraz otwieram tylko veluxy.

  • Ewa

    Te stare domy we Francji czarują. I co tam remont po 30 latach, a po trzystu nie łaska?
    Spod foteli wystają sprężyny, podłoga rozeschnięta – ale jest uroczo i swojsko, mimo że kraj nie swój.
    Podziwiam umiejętności renowatora, nie dałabym rady, choć mój ‚domek’ właśnie renowacji wymaga. Walczę więc z ‚fachowcami’.
    Szczęśliwego powrotu do swojskiego kurzu na paryskich placach gratulując, pozdrawiam

  • Lesław

    Ujęły mnie te „drewniane skrzydła” okiennic i to,że można „czule pastować” podłogę,nader sugestywne :D
    Ja mam słabość do starych krętych schodów…