|
Czara w Paryżu Rozterki byłego blogowicza* albo Deszcz w Paryżu ![]() © Chirstophe Jacrot Ostatnio tak się zastanawiam - tak, zapnijcie pasy, będzie baardzo filozoficznie - jak to jest z tym pisaniem bloga... Bo wyobraźcie sobie, napiszę na przykład notkę o Azji, dostaję zaraz mejla - "Nie, wiesz, te azjatyckie klimaty to nie dla mnie, napisz coś o Paryżu". Myślę sobie, czemu nie i wstawiam, dajmy na to, takie "notatki bardzo kulturalne". I zaraz przychodzi inny głos od stałego Czytelnika - "Wiesz, fajne to, ale ja tam się nie znam na paryskiej kulturze, napisałabyś coś bardziej osobistego". No dobrze, wyobraźmy sobie, że wtedy się szarpnę na zwierzenia osobiste, uchylanie rąbków tajemnic. Ale wtedy pojawiają się inny problem. Jaki? A taki, że tak jak w reklamie - pan czyta, pani czyta, koleżanka czyta, ciocia czyta i... bach! Krew się leje, bo dlaczego mówię na blogu, a osobiście to już nie, albo że w złej kolejności... I wtedy to można albo tylko wejść pod kołdrę i wybrać jeden mały kawałek sufitu do głębokiego przestudiowania... Albo porzucić nierealną i nierozsądną ambicję zadowolenia wszystkich. I zadać sobie inne pytanie - ale o czym tak naprawdę ja mam ochotę napisać? I tu pojawiają się nowe schody. Jakie? Bo mamy już rok 2012. I co z tego? Ano to, że blog już nie kojarzy się z intymnym pamiętniczkiem nastolatki, blog to jest teraz narzędzie profesjonalne, przynoszące dochód, estymę, lub przynajmniej tłumy fanów na facebooku. I blog musi mieć jakiś temat, żeby przyciągnąć swoją widownię, wygłodniałych fanów literatury, Harleya lub reklamy. I tak trzeba ładnie ten temat opakować, opisać, zastanowić się, wymyślić odpowiednią problematykę i koniecznie dorzucić swój własny punkt widzenia. A ja mam taki problem, że w moim - blogowym przynajmniej - centrum zainteresowania jest akurat to, że w środę wysiadłam z autobusu pod Assemblée Nationale i przechodząc przez Sekwanę i zerkając w lewo i w prawo przypomniałam sobie, jak sześć lat temu przechodziłam przez ten sam most. I to w podobnym styczniu, tak samo przytłaczanym przez to szare paryskie niebo, ale ze złotymi refleksami obelisku na Placu Zgody i rzeżb z mostu Aleksandra III. I byłam wtedy totalnie szczęśliwa, bo choć nie miałam grosza przy duszy, miałam to szare niebo, które wydawało się być tylko dla mnie. I o tym chciałabym pisać. I że Park Tuileryjski był zupełnie pusty i cichy, nie licząc mew, które w głośnych jękach urządziły sobie pod tym apokaliptycznym sklepieniem szybką naradę. Że przechodząc obok pawilonu Jeu de Paume, w którym jakieś mniejsze ptaki zrobiły sobie gniazda, potknęłam się, bo oczywiście obcasy nie takie jak do spacerów. I że siadłam wtedy na schodach, bo znowu wszystko wydało mi się takie, jakie powinno być. Wielowarstwowe niebo groźnie spadało mi na ramiona, wokoło żywej duszy, bezlistne drzewa w napięciu wyciągały swoje gałęzie. I to był idealny moment w którym Sublime is now i nic więcej, nic mniej. I może jeszcze to, że wcześniej, w tym samym autobusie, jakaś pani wywróciła się na ostrym zakręcie. I że w trójkę rzuciliśmy się tę panią podnosić, tylko ona nie chciała od razu wstać, mówiąc: "Poczekajcie, zostawcie mnie chwilę, muszę złapać oddech". I że wtedy sobie pomyślałam, no tak, jak się człowiek przewróci, to musi na chwilę tak poleżeć, pomyśleć, zrozumieć co się stało, złapać oddech, zanim będzie z powrotem gotowy do pozycji pionowej. Tylko, że często inni chcą go od razu siłą podnieść, żeby wszystko znowu było tak jak przedtem, albo żeby nie myśleć, że gdyby się wcześniej zauważyło... Ale przecież to są tylko detale, momenty, przebłyski. Życie jest za szybkie, a ludzie głodni rozrywki lub wiedzy, faktów, nie mitów. No więc musi być temat przewodni, ciekawy, nie za długi, z problematyką i osobistym punktem widzenia... Aha, i jeszcze dobrze zilustrowany, bo kto to teraz czyta tyle tekstu bez obrazków. Dlatego w tym momencie przejdę do prawdziwego tematu tego wpisu, jakim jest "Deszcz w Paryżu", w którym chciałabym przedstawić jak fotograf Christoph Jacrot romantycznie potraktował to zjawisko atmosferyczne, całkiem częste w tej szerokości geograficznej, zwłaszcza zimą. A ponieważ podobno jeden obraz mówi tyle, co tysiąc słów (lub proporcje dowolne) to może ja już lepiej zamilknę. (Dodam tylko, że żadne zdjęcie nie jest moją własnością i jeśli muszę teraz iść do więzienia, do trudno, znajdę jakiś kawałek sufitu do przeanalizowania i tam.) ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() © Chirstophe Jacrot A teraz egoistycznie zostawiam Was w tym deszczu i biegnę na Dworzec Lyonu. Jadę szukać śniegu, bo Paryż nie Paryż, ale to przecież zima jest, czyż nie? Z poważaniem, Autorka Bloga * Dlaczego "byłego blogowicza"? Bo jest rok 2012 i skromny blogowicz stał się blogerem pełną gębą, ha! PS Disclaimer: Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam, a jeśli nawet, to oświadczam, że zrobiłam to zupełnie specjalnie i z pełną premedytacją ;-) Tagi: foto, paryż Paryż, 2012-01-26 19:00:00 skomentuj (13) Notatki bardzo kulturalne czyli styczeń w Paryżu Wreszcie ostatnio wzbogaciłam się w trochę wolnego czasu. Nie w jakieś szalone ilości, ale na tyle, żeby otworzyć szufladkę z napisem "wolne wieczory i weekendy". Więc wyszłam w miasto, by poczuć jego puls, posnuć się trochę bez celu, bez zegarka w ręce, pogapić na ludzi. Zobaczyłam leniwych Paryżan nad rozświetloną słońcem Sekwaną, czekających grzecznie w ogonkach na wystawy, rozgadanych jak w zwykle na kawiarnianych tarasach. Ale żeby nie być jedynie biernym podglądaczem i flanerem, postanowiłam stać radosnym konsumentem uciech wszelakich. I tak w ciągu ośmiu dni udało mi się: - obejrzeć jedną wystawę - przetańczyć jeden wieczór (muszę kiedyś napisać o moim kursie tanga...) - wybrać się raz do kina - i raz do teatru - wpaść do Luwru - spotkać się z przyjaciółką - odwiedzić Salon Sztuki w Przystępnych Cenach. Jak na osiem dni to chyba niezły wynik. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że bardzo chciało mi się życia. Gdyby ktoś z Was właśnie był w Paryżu i miał chwilę wolnego czasu, przedstawiam moją małą selekcję: Kino: Intouchables (Niedotykalni), reżyseria Olivier Nakache, Eric ToledanoPodobno film ten reklamuje się w Niemczech sloganem "cztery tysiące Francuzów nie może się mylić, najśmieszniejszy film roku". Jeśli chodzi o kino, słabo mnie taki demokratyzujący argument przekonuje, ale i tak trafiłam przed ekran. I nie żałuję. Historia, ponoć oparta na faktach, jest zbudowana na nieśmiertelnych kliszach, które muszą zadziałać. W świat niezwykle wyrafinowanego paryskiego bogactwa wpada nagle świeży podmuch (jeśli nie huragan) - czarnoskóry chłopak z przedmieścia, Driss. Zderzenie jego młodości, prostoty i bezpretensjonalności z wysoką kulturą (i wieloma zerami na koncie) jego sparaliżowanego pracodawcy obfituje w fajerwerki humoru i zabawnych sytuacji. Choć wszystko jest słodkie, gładkie i podane na tacy, nie psuje to dobrej zabawy. Dobry film na kryzys, ponad podziały, na dodatek przyprawiony ulubionymi składnikami Francuzów (brak poprawności politycznej, zabawy słowne itp.) ![]() Grand Salon d'Art Abordable czyli Wielki Salon Sztuki w Przystępnych Cenach, bo chyba tak należy tłumaczyć tę nazwę, w mitycznej już la Bellevilleloise, okazał się być salonem nie tak wielkim (czterdziestka artystów, to brzmi groźnie, ale jest łatwe do ogarnięcia w praktyce) za to ceny zaczynały się często od dwustu, siedmiuset euro (i pięły w górę)... Ale słowo "przystępny" jest przecież subiektywne. Mimo to w takim miejscu zawsze jest dobrze się powałęsać, napatrzeć na ciekawą fotografię, podyskutować z autorami, podpatrzeć szalone pomysły rzeźbiarzy, czy wytargować mały abstrakcyjny obrazek za 60 euro. I z takim trofeum w objęciach wrócić zadowolonym do domu! Następna edycja w maju. ![]() ![]() Spektakl: La salle d'attente (Poczekalnia), reż. Krystian LupaPo grudniowym spektaklu "Tramwaj" Warlikowskiego w Odeonie, ze słynną Isabelle Huppert i mało znanym w kraju nad Sekwaną Andrzeju Chyrze, na pierwszą sztukę w nowym roku wybrałam inny spektakl rodaka - Krystiana Lupy. Uf, trzy i pół godziny (z antraktem) między narkomanami, schizofrenikami, prostytutkami... To było mocne i męczące przeżycie. Młodzi aktorzy wcielili się w ludzi, którzy jedyne czego szukają, to biletu do natychmiastowego uczucia szczęścia i znieczulenia. Samotni, odrębni, egoistyczni. Dużo mówią, choć ich słowa rzadko układają się w sensowne, logiczne ciągi. Wyznają sobie miłość, ale z daleka widać, że te ich uczucia połamane są i kalekie. Czekają. Sami chyba nie bardzo wiedzą na co, na jakieś "lepiej", które pewnie nigdy nie przyjdzie... Inaczej niż u barokowego Warlikowskiego - oszczędna scenografia i taka też gra młodych aktorów, która znacznie bardziej do mnie przemówiła niż krzycząca Isabelle Huppert i mało wyrazisty Chyra. Podobnie - bo do bólu cieleśnie i fizjologicznie. I z elementami wideo. Jeszcze więcej golizny, panie i panowie, potraktowani są po równo. Nie ma tu spójnej historii, narracji, intrygi, suspensu... Są raczej ostre jak brzytwa odłamki. Teatr dekonstruuje się na naszych oczach, ta sama scena grana przez innych aktorów, ma zupełnie inną wymowę, dwie aktorki, wcielające się nagle w tę samą postać, "wywiady" z bohaterami wyświetlane równocześnie na ekranach. Wszystko nadaje ich historiom wielowymiarowość, niepokoi i wciąga w swoją grę. Podsumowując - spektakl długi i męczący, wzruszenie i niepokój przeplata się z nudą. Ale... warto dać się trafić odłamkiem. Do 4 lutego w Teatrze La Colline. Miłego tygodnia dla Wszystkich! Tagi: kino, teatr, paryż, sztuka, wystawa Paryż, 2012-01-24 09:20:45 skomentuj (18) Z cyklu Paryżanie, I dzielnica (i odgrzewana powódź) ![]() Tak jak lubię patrzeć na patrzących, a nie na to, na co (na kogo) oni patrzą, tak lubię fotografować fotografujących. W zeszłą niedzielę, pełną wielkiego słońca, grand soleil, jak się to tutaj mówi, Paryżanie wyjęli swoje aparaty. ![]() A co ma do tego powódź? Przyjrzyjcie się tej fotografii, czy zauważyliście, że Sekwana lekko i wdzięcznie wlewa się na bulwary? Dlaczego odgrzewana? Dla nowych Czytelników i tych, którzy skarżą się, że szukają na blogu starych notek i nie znajdują, zamieszczam link do starego wpisu o wielkiej powodzi z 1910. Ale, żebyście nie myśleli, że wykręcam się paroma fotkami i starym wpisem, zapraszam Was na jutro, na długą notkę pełną krótkich wzamianek kulturalnych. Tym samym ogłaszam koniec blogowego lenistwa! Do jutra! Tagi: paryżanie Paryż, 2012-01-23 00:04:11 skomentuj (14) Notka niesponsorowana w formie przerywnika ![]() Co zrobić kiedy drżę z niecierpliwości, żeby dla Was (i dla siebie, o nieśmiertelny egoizmie!) pisać, fotografować i zamieszczać tu, żeby chichotać czytając Wasze komentarze, odpowiadając uśmiechając się szeroko do siebie samej, jak również żeby pisać komentarze na Waszych blogach (jeśli dotyczy), lub choćby czytać notki uważnie, a nie tylko przeglądać... Ups, mam skłonności do zdań długich, tak bardzo, że nawet ja na końcu zapomniam jaka miała być pointa. Jeszcze raz - co zrobić, kiedy mam na to wszystko ogromną ochotę, ale niestety chwilowy deficyt czasu nie pozwala mi na nic oprócz szybkich posiłków ( Po prostu pożyczam sobie fotkę (patrz wyżej) od niezrównanej aparatki i aparacistki Garance Dorée. Radość, lekkość, zabawa, tego mi trzeba, a Wam? Fotka jest, myślę, z Nowego Jorku, ale te garby na dole kamienicy (czy ktoś wie, jak te garby się fachowo po polsku nazywają?) bardzo przypominają mi Paryż. Zresztą czy to ważne? Miłość, śmiech i wiatr we włosach kiedy pędzi się na rowerze są zupełnie uniwersalne. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Paryża, byłam jeszcze uzależnioną od roweru krakuską (jeszcze przed wypadkiem, brr). Marzyłam, żeby ujarzmiać na to miasto na dwóch kółkach, czuć tę wolność i wiatr we włosach. Nie sądziłam, że kiedyś rower stanie się moim głównym środkiem transportu i że będę wręcz zmuszona galopować na velibie, próbując dopędzić D. Jeśli wybieracie się do Paryża, nie omieszkajcie spróbować jazdy na velibie... Nawet zimą, która zresztą praktycznie tu nie dociera. Dwadzieścia tysięcy rowerów, tysiąc osiemste stacji co trzysta metrów - wszystko do dla Was za cenę zaledwie jednego biletu na metro. Oprócz soboty i wieczorów w dni powszednie, jeździ się wspaniale, rowerzyści mogą wjeżdżać pod prąd, a kierowcy bardzo uważają. Velib jest może trochę ciężki, ale całkiem szykowny! (I nie, nie, ani velib ani mairie de Paris nie płaci mi za tę notkę. Niestety.) No dobrze, koniec gadulstwa i do następnego razu! Tagi: paryż, velib Paryż, 2012-01-11 12:04:39 skomentuj (54) Rosjanin w Paryżu ![]() „Masza, maszeńka” woła na kelnerkę w restauracji. Przez moment cierpnie mi skóra, jak ona to odbierze, równocześnie oddycham z ulgą, że Borys już przynajmniej nie chce na nią gwizdać. Ale ze zdumieniem stwierdzam, że dziewczyna jest zachwycona. „A przynieeś mi ty piwoo” mówi do niej po polsku ze swoim śpiewnym akcentem. Rozpływająca się w uśmiechach Masza, która tak naprawdę nazywa się Audrey i nie mówi po rosyjsku, ani tym bardziej po polsku, od razu przynosi mu oszroniony kufel, pełen złotego płynu. „Diewoczka, serdeńka” – chwali ją Borys, po czym piwo znika we wnętrzu jego przepastnego brzucha. (Za chwilę zamówi szklankę wódki.) Wychodząc żegnają się długo i wylewnie, każdy w swoim języku. I tak będzie wszędzie. Do jakiego sklepu nie wejdziemy, w jakimkolwiek bistro nie przysiądziemy, Borys ma od razu przyjaciół. Przechodzimy ulicą, a on macha z uśmiechem sklepikarzowi, który energicznie mu odmachuje. Skąd, jak? - pytam go, bo przecież przyleciał tu zaledwie wczoraj wieczorem. „ Ano kuupiłeem koszuuulkę tam wczoreeeej” – odpowiada mi po prostu. Pod jego czarem i serdecznością topnieją nawet najbardziej stereotypowi z francuskich kelnerów. I wcale im nie przeszkadza, że woła na nich Wania i mówi tylko w swoim języku. Może wyczuwają jego szczodrość i rozrzutność, napiwek w wysokości 10 euro to u niego minimum. Najczęściej wcale nie czeka aż coś przetłumaczę, sam zaczepia wszystkich i dogaduje się w tej alternatywnej, nigdzie nie skodyfikowanej mowie, jakimś cudem wspólnej dla wszystkich radosnych i ciepłych ludzi świata. Wódka leje się strumieniami, na szczęście w jakiś szczęśliwy sposób omija mnie. Borys wytrzymuje ją bez problemu, patrzę na niego z mieszaniną przerażenia i podziwu. Wysoki i przy kości, wcale nie wygląda na swoje pięćdziesiąt lat, dawałam mu dziesięć mniej. „Czaaaara – mówi do mnie – skażyj mi, a te wszyyystkie Francuuzy to pedały, prawda?” Krztuszę się wodą i odpowiadam, że nie za bardzo wiem, ale przynajmniej jeden z nich na pewno nie. „A Ty zróóób mi zdjęcie z tą wieżyczką, bło przecieeesz niktto mi nie zawierzy, że ja w do Płaryża paszoł, jeśli bez zdjęcia przyjadę!” „ O, ja chcę na rykszę, krzyczy z werwą na placu Zgody, ale żeby kłoniecznie jakiś Młurzynek prowadził, bo wiesz – ścisza głos i mówi już poufale – ja to chłyba taki raasista jesteem…” Jego słowiański apetyt na życie jest ogromny, przystajemy przy każdej budce z goframi, kupujemy pieczone kasztany, wchodzimy do większości sklepów. Chce ciągle kupować coś swojej młodej żonie, sweterki, bieliznę. Przed kwiaciarnią bierze w ramiona największy bukiet tulipanów i wręcza go jej z dumą. „To taki mój ruski mąż” – komentuje blondwłosa Agnieszka, śmiejąc się z mieszanką złości i czułości. Mieszkają razem w Moskwie. Irytuje mnie trochę. Nigdy nie wiem, czy mówi poważnie. Co chwilę słyszę: „Diewuszka, nie mruż tak oczu!”, „ Dziewczynko, ty temu kelneru każ, a nie proś go!”. Rób tak, i nie rób tak. I najgorsze, gdy nie bardzo rozumiem jego polsko-rosyjską paplaninę: „a fłuj, ty już po płolsku zabluwajesz gawarit”. No i zawsze musi mieć rację. „No co, jestem najstarszy!” – obruszy się, jak mu to zarzucę w żartach. Wracam do domu po całym dniu spędzonym w ich towarzystwie (i jeszcze dwóch innych nadwiślańskich dżentelmenów) wracam do domu późnym wieczorem. Powinnam być zmęczona, nie spałam od czwartej rano, przed ósmą już pisałam egzamin, zrobiliśmy parę dobrych kilometrów po Paryżu na nogach, to był długi dzień. A jednak, choć oczy mi się kleją, czuję się świeża i energiczna. Mir i drużba, przypomina mi się, jak woła na do widzenia do swoich ulubieńców w barach, „peace nad love” tłumaczy na mój i ich użytek. I to działa. Zasypiam pełna spokoju i jakieś takiej zwykłej, międzyludzkiej, miłości. Tagi: ludzie, paryż Paryż, 2012-01-06 22:09:19 skomentuj (9) Jak trawa ![]() Paryż to chyba jedyne większe miasto, poprawcie mnie jeśli się mylę, które nie świętuje przełomu roku hucznymi wybuchami fajerwerków. Jeśli chcecie zobaczyć tę feerię świetlnych ogonów nad miastem, przyjedźcie tu 14 lipca, nie w grudniu. Sześć lat temu jeszcze tego nie wiedziałam. Marząc o zobaczeniu rozświetlonego nieba nad wieżą Eiffela, w ostatniej chwili dałam się namówić znajomym z akademika, i z gorączką i przeraźliwym kaszlem wybrałam się z nimi na Trocadéro. Stojąc w kłębiącym się, nie do końca trzeźwym tłumie, głównie międzynarodowym (który rozrzedzał się dziwnie po każdym moim ataku kaszlu), czekałam na barwny wybuch, bezskutecznie… Było zimno, bezgwiezdnie, a niebo jak nie drgało, tak nie drgało. Koniec końców spóźniłam się na ostatnie metro, które miało mnie wywieźć na moje północne przedmieście, do ciepłego łóżka. Pamiętam, że stojąc bezradnie w środku miasta, już bez znajomych, z którymi zgubiliśmy się gdzieś w falach ludzi, usiłujących wrócić do domu, pomyślałam nawet, żeby zadzwonić do D., którego jeszcze wtedy prawie nie znałam. Nie zadzwoniłam. Ale to był ostatni sylwester, którego nie spędzaliśmy razem. To wspomnienie przyszło do mnie w tym roku, kiedy w sylwestrowy wieczór, leżąc wygodnie na kanapie, obłożona stosem książek, patrzyłam kątem oka jak D. kręci się w kuchni. Obiera awokado. Wyciąga kieliszki. Hałasuje mikserem. Kroi łososia. Otwiera ostrygi. Przekłada mus czekoladowy do miseczek. Na rozgrzane masło z czosnkiem wrzuca przegrzebki świętego Jakuba… Gdy o dwudziestej pierwszej zadzwonił nasz gość, że stoi z winem i szampanem przed drzwiami i nie pamięta kodu, ja dopiero ruszyłam się w panice przyrządzić sałatę… To był dobry koniec roku, przepyszny i francuski (choć polski akcent też był na koniec - śliwowica łęcka, ha, kto pił, ten wie!) w naszym małym, właściwie rodzinnym gronie. I pierwszy raz w naszym wspólnym domu. *** ![]() A w nowy rok Paryż wszedł w zwolnionym tempie. W poniedziałek powitało mnie puste metro, spokojne ulice. I dopiero wtorek tchnął w to miasto jego zwykły pęd i wigor. Ludzie ciągle telefonują. Zatrzymują się na ulicy i całują sąsiadów. Z każdej strony słychać "Bonne Anée!", tradycyjne noworoczne życzenia. W kawiarni kelner mówi z powagą do starszego pana "Mes meilleurs vœux." "Que les miens vous accompagnent" odpowiada mu uroczyście staruszek. Wpisując się więc w ten noworoczny trend, Kochani Czytelnicy, życzę Wam w tym roku przede wszystkim ciepła i miłości wokół. Tak wyposażeni przetrwamy wszystko. Poprzednie dwanaście miesięcy mnie naocznie i dotykalnie o tym przekonało. Życzę Wam więcej czasu dla siebie i dla Waszych bliskich, bo tego nigdy nie jest za nadto. Myśli jasnych i pełnych nadziei. I braku lęku przed tym, co czai się w kąciku ust… przed własnym smutkiem. Życzę Wam oczu szeroko otwartych, by tak, jak napisała mi Tamaryszek, umieć patrzeć, dostrzegać wokół siebie to, co łatwo przeoczyć. I przede wszystkim – siły i wiary, żeby być sobą. Mieć odwagę wierzyć we własne marzenia i robić małe kroki w stronę ich realizacji. Zgrabnie przeskakiwać wszystkie kłody pod nogami. Umieć wznieść się ponad ludzką zazdrość, fałszywych przyjaciół, złych doradców i niesprawiedliwych krytyków (choćby tylko tych, którzy wiecznie i natrętnie dźwięczą w naszej głowie). Bo jak głosi dewiza tego bloga: "To, co w każdym z nas najbardziej osobiste i wyjątkowe, to prawdopodobnie ta cząstka, która przemówiłaby najmocniej do innych, gdyby się nią podzielić." Wspaniałego dzielenia się (nie tylko rozcinania) cząstkami … pomarańczy życzy Czara Tagi: paryż Paryż, 2012-01-03 10:38:48 skomentuj (21) Dla tych, co na ulicy ![]() © Michel Beerens Początkowo chciałam "zawiesić' na blogu cokolwiek, byleby tylko zmieść już atmosferę bombek, gwiazdek i "jezusków". Ale jak tylko zobaczyłam nowe dzieło parsykiego "streetartysty" Michaëla Berrensa, postanowiłam w pewien, może paradoksalny, sposób przedłużyć tę świąteczną atmosferę. Dla niefrancuskojęzycznych Czytelników wyjaśniam: grafitti zdobi inskrypcja "Wesołych Świąt dla wszystkich tych, którzy śpią na ulicy". W Paryżu, tej stolicy kloszardów i bezdomnych, takie przesłanie jest zarówno mocne i poruszające, jak i po prostu ludzkie i ciepłe. Taki lekki policzek dla nas, którzy biegniemy do ciepłych domów pachnących piernikiem i choinką, by zrzucić grudniowy chłód. I przyjacielski gest dla tych, którzy szukają wylotu ciepłego powietrza z metra, by się tam ułożyć i przespać. Ale choć akurat tutaj bardzo obecne (i pewnie na zasadzie kontrastu wyjątkowo widoczne), bieda i wykluczenie są wszędzie. Obojętnie, jak sterylnie wyczyści się dane miasto, jak daleko, na jakie peryferia wypchnie się bezdomnych, ku spokoju oka tych sytych i ogrzanych. Mimo, że staram się trzymać fason, mój portfel ostatnio coraz częściej się rozwiera. Kiedyś miałam zasadę, że oprócz przelewu na Armię Zbawienia, na ulicy rozdawałam tylko jedzenie. Czasem kupowałam dodatkową bagietkę, dzieliłam się owocami czy tym, co niosłam w torbię. Ostatnio tę zasadę łamię na każdym kroku. Może dlatego, że tak prościej... Nie wiem, czy te moje miedziaki pójdą na wino czy tym podobne, ale kiedy, tak jak wczoraj pod Kościołem świętego Eustachego, słyszę od staruszka z brodą do kostek "Bonne Année Mademoiselle", nie udaję, że nie czuję ścisku w gardle i rzucam wszelkie zasady w kąt. Może też dlatego, że ponad wszystkie filozofie i wytyczne, czasem właśnie liczy się gest. I to dla obu stron... Miłego noworocznego weekendu dla wszystkich z Was! Tagi: paryż, streetart, obrazki paryskie Paryż, 2011-12-30 13:05:57 skomentuj (9) Świąteczne Przypadki ![]() Giotto di Bondone Wczoraj, gdy większość z Was pewnie siadała już do kolacji, ja przemierzałam samochodem ciche i niestety niebiałe polskie rozdroża. Niezwykły spokój rozlał się po pustych, ciemnych polach i drogach. Trójka cicho sączyła skupioną i na szczęście nie "christmasową" muzykę. Za chwilę samolot z Paryża miał wylądować punktualnie, bez problemów a D. wrócić ze mną i usiąść z nami przy świątecznym stole. Ale jeszcze wtedy, w tym miłym napięciu oczekiwania, dzięki listom od słuchaczy, dowiedziałam się o reformie polskiej gramatyki. Ponoć wymyślono nowy, ósmy przypadek, którego bardzo brakowało w naszym języku, a może raczej - w naszej rzeczywistości. Ten nowy przypadek to "Spełniacz" i odpowiada na pytania: komu? co? Na lotnisku, gdy wśród wysypujących się z bramek gości dojrzałam bardzo znajomą twarz, zdałam sobie sprawę, że mnie właściwie wystarczy już tylko Wołacz... Moi Drodzy, mam nadzieję, że Spełniacz dobrze wie, co i komu z Was i, że zrobił z tej wiedzy w te Święta użytek! Słońca i spokoju życzy Czara (w Polsce) Paryż, 2011-12-25 14:24:53 skomentuj (17) Bójka w (miasteczku) P. ![]() Montmartre, grafitti w Pasażu Abesses Opisywać bójkę, szarpaninę? Nie sądziłam, że będę kiedykolwiek miała na to ochotę... A jednak w tamten poranek wydarzyło się coś, co nie daje mi spokoju, co stanowczo domaga się wyjścia na papier. Zdarzyło się to nie w samo południe, i nie na nieparyskim bruku. Wprost przeciwnie, były to raczej poranne godziny szczytu w jak najbardziej paryskiej, trzynastej linii metra. Kto zna choć trochę paryskie metro, wie, że ta diabelska linia, zawsze przeciążona, jadąc z północy przywozi do Paryża mieszkańców prawdziwie piekielnych przedmieść - Saint Denis. Wbiegłam do wagonu ostatnia, z wdzięcznością dla innych pasażerów, którzy jakimś cudem zrobili mi odrobinę miejsca. Myślałam, że już nikt by się nie zmieścił. Ale widząc zdyszanego pana w określonym już wieku, który dopadł wagoniku, już gdy przykry sygnał obwieszczał "za późno!", przypomniałam sobie, że przecież wszystkie środki komunikacji są z jakichś niesamowitych rozciągalnych materii. Przesunęłam się, żeby starszego pana nie zgniotły automatycznie zamykające się drzwi. Nie wiem co się stało, jedyne co mogłam wywnioskować, to to, że młody, ciemnowłosy chłopak, do którego pleców byłam przyklejona, chyba nie wierzył w elastyczność wagonów paryskiego metra. Usłyszałam tylko oburzone pytanie starszego pana "Dlaczego pan tak robi?" i od razu oboje przeszli na arabski. Jakaś iskra musiała zapłonąć i ni stąd ni zowąd moich dwóch współpasażerów, zgniecionych w porannym tłumie, starło się w jakiejś nieprawdopodobnej kotłowaninie. W ostatniej chwili złapałam spadające okulary starszego pana i uniknęłam szpiczastego łokcia chłopaka. Trwało to może parę sekund, uspokoili się dość szybko, a ja oddając okulary ich właścicielowi, zauważyłam, że w oczach miał łzy. Na stacji Liège pasażerowie przetasowali się, jacyś ludzie, oddychając z ulgą, wysiedli, a ja stanęłam tym razem twarzą do chłopaka. Jeśli tak jak ja, spodziewaliście się, młodzieńca odzianego w sportowy strój, z rozbieganym wzrokiem (ale niekoniecznie o szerokim karku, fizjologia narodów południowych jest ciut inna niż ta słowiańskich) to może zdziwicie się tak jak ja. Przed sobą ujrzałam elegancko ubranego chłopaka, o przepięknej urodzie, naprawdę tak przystojnego, że już sama jego twarz wprawiłaby mnie w zaskoczenie. Za rękę trzymał równie elegancką dziewczynę, Francuzkę. Moje stereotypy i myślenie na skróty zostały chwilowo wstrząśnięte. Przyglądałam się obu uczestnikom bójki. Zasrożeni, wymieniali ze sobą urażonym głosem jakieś arabskie uwagi, czasem tylko wtrącając "C'est pas bien !, "Mais ça, c'est pas bien non plus !". Następna stacją to był dworzec świętego Łazarza, na którym tym razem ja z ulgą wysiadłam. Ale jeszcze zanim się odwróciłam, ujrzałam chłopaka, który wyszedł na peron, by zatrzymać starszego pana. Już nic mu nie tłumaczył - po prostu wziął go w ramiona i ucałował w oba policzki. Tamten poklepał go po plecach. Na chwilę wszystko się zatrzymało. Inni pasażerowie, tak jak ja, zamiast jak zwykle popędzić na przesiadkę, przystanęli teraz, ze zdumieniem oglądając tę nietypową scenę. Niektórzy nawet się uśmiechnęli. (I tylko słońce nie powinno, ale akurat się skryło, Sted.) PS A na deser bracia Cohen, na pokrewny temat. Wrażliwe dusze, proszę nie oglądać, przemoc! Tagi: obrazki paryskie Paryż, 2011-12-11 21:28:33 skomentuj (25) Kuala Lumpur: Pierwsze wrażenia. ![]() ![]() Kuala Lumpur. Miasto potwór. Upalne, piętrowe, z prawdziwą dżunglą w samym sercu. I tą betonową wokół. Miasto zawrót głowy, parny tygiel, w którym bulgoczą dźwięki, zapachy, migoczą obrazki z barwnego życia ulicy. Odpycha, odrzuca, a zarazem wciąga i fascynuje… Duszno. Powietrze jest namacalne, gęste, trzeba się przez nie mozolnie przedzierać. Pot pracowicie skrapla się na czole, płynie dziarskim strumyczkiem po plecach. Ulica faluje kolorowym, gwarnym tłumem, w którym usilnie staram się wyżłobić jakąś, choćby małą, ścieżkę dla mnie i mojej walizki. Stragany i ich towar wypełzają z chodników, zawłaszczają ulicę, podobnie jak niewyszukane, plastikowe krzesła i stoliki. Ludzie roją się, tak jakby tego popołudnia akurat wszyscy znaleźli się na ulicy. Między nimi próbują przeciskać się samochody. Przed moimi oczyma przesuwają się twarze przeróżnych ras i kolorów. Kilku zaledwie białych turystów. Kobiety są szczelnie owinięte w kolorowe hidżaby. To i wzrok niektórych mężczyzn przypomina mi, że bez wątpienia jesteśmy w kraju muzułmańskim. Jedni spacerują, inni pałaszują coś z parujących miseczek, jeszcze inni oglądają w roztargnieniu ofertę zegarków, okularów czy torebek. Ktoś kupuje płaty suszonego mięsa. Na hakach wiszą złowrogo kacze korpusy. Bez głów. Na straganach króluje kolczasty owoc – durian. ![]() ![]() Durian. To „the king of the fruit” – powie później Huntch, nasz malezyjski znajomy. Bez jego skosztowania podobno nie można poznać Malezji. W Singapurze zakazane jest przewożenie duriana w metrze, nie bez powodu. Ale tu durian swobodnie znaczy swoim zapachem ulice Kuala Lumpur, mieszając się gdzieniegdzie z ostrą wonią suszonych ryb. Czy to miasto ma problemy z kanalizacją? – zapytałam zaraz po przyjeździe, kiedy jeszcze nie byłam w stanie węchowo zidentyfikować winowajcę. Zapach durianu elektryzuje i zarazem przyprawia o mdłości. Dźwięki. Muzyka w Azji jest wszechobecna. Dobiega z głośników na lotniskach i na dworcach. Z chińskich świątyń dochodzą religijne śpiewy czy raczej pomrukiwania. Muzyką, mniej lub bardziej lokalną, kuszą kramy. Angielski przeplata się tu z dźwięcznym językiem chińskim i melodyjną malezyjską mową. Bahasa, która wywodzi się z sanskyrtu, brzmi trochę,jak wymyślona dziecięca mowa. Tak jakby powtarzać długo „ta tapeta tu, tamta tapeta tam”. I nawet nazwy ulic brzmią niezwykle dźwięcznie: Petaling Street, Jalan Sultan – szepczę zafascynowana. Sklepikarze taksują przechodzących, zimnym okiem oceniają ich wartość handlową. Patrząc na nasze walizki, włączają swój ulubiony refren „taxi, sir?”, co brzmi raczej jak „teksi-ser, teksi-ser!” czasem na zmiane z „watches, sir!”, „sunglasses, sir!” Tutejsze Chinatown nie ma w sobie nic ze spokoju folklorystycznego targu w chińskim miasteczku Singapuru. Tutejsze Chinatown nie zostawia wątpliwości: jesteśmy w sercu Azji. Nasz hotel jest tuż za rogiem. Drzwi otwiera usłużny portier, kłaniając się nisko i deklamując uroczyście „Good afternon, sir” (Czasem będzie też słychać „maam” ale znacznie rzadziej. W tym kraju bez wątpienia rządzą mężczyźni.) Owiewa nas ożywcze chłodne powietrze. Nagle znajdujemy się w jeszcze innym świecie. W świecie o dawnym, zapomnianym już kolonialnym uroku. Stojąc na progu tych dwóch rzeczywistości, czuję, że znowu wślizguję się w jakąś szczelinę czasową. Oszołomiona, lekko słaniam się na nogach. W pokoju z widokiem na ścianę sąsiedniego budynku, staram się dojść do siebie. Będę potrzebować dłuższej chwili, żeby znowu odważyć się wyjść na ulicę… Cdn. ![]() ![]() ![]() Tagi: azja, kuala lumpur, malezja, wojażowanie Paryż, 2011-12-06 22:25:21 skomentuj (15) Kuala Lumpur. Wstęp. ![]() Kuala Lumpur.
Nie wiem, naprawdę nie wiem,
jak pisać o tym mieście. Jak ubrać w słowa i przenieść na wirtualny papier całą
tę gamę doznań i feerię wrażeń,
których tam doświadczyłam? Zwłaszcza teraz, siedząc w wygodnym fotelu w naszym paryskim mieszkaniu, gdzie pachnie bagietką i sosem vinaigrette. Boję się, że nie podołam temu zadaniu, że wszystko co napiszę, będzie jedynie wypłowiałym odbiciem, dalekim od tego, co można przeżyć w malezyjskiej stolicy.
Dwie wieże - Petronas Tower
"Opisywanie jest jak używanie - niszczy; ścierają się kolory, kanty tracą ostrość, w końcu to, co opisane, zaczyna blaknąć, zanikać. Dotyczy to zwłaszcza miejsc. Ogromnych spustoszeń dokonała literatura przewodnikowa, to była inwazja, epidemia. (...) Prawda jest straszna: opisać to zniszczyć. Dlatego trzeba bardzo uważać. Najlepiej nie używać nazwy; kluczyć i kręcić, ostrożnie podawać adresy, aby nie kusić nikogo do pielgrzymki. Cóż by tam znalazł? Martwe miejsce, kurz, zeschły ogryzek".
Olga Tokarczuk, "Bieguni"
Chyba, że... opisać to stworzyć. Przywrócić do rzeczywistości. Właśnie tutaj, gdzie Moulin Rouge kręci zalotnie swoim wiatrakiem, a ulica Lepic udekorowana jest świątecznymi światełkami, a nie chińskimi lampionami. W grudniowy paryski wieczór wprowadzić klimat tropików, zapach croissantów zmieszać z azjatyckim aromatem. Spróbujmy. Rendez-vous jutro. W tym samym miejscu. ![]() ![]() Tagi: azja, kuala lumpur, malezja, wojażowanie Paryż, 2011-12-05 23:04:50 skomentuj (7) Inaczej niż w raju? Kochani, serdeczne pozdrowienia z malezyjskiej wysepki w Zatoce Bengalskiej – Langkawi. Niestety nie mam dużo czasu na obszerne relacje, ale opowiem Wam dzisiaj bajkę. ![]() Będzie to bajka o dzielnym księciu i księżniczce. Pewnego razu, dzielny książę poprosił księżniczkę, żeby wyruszyła z nim w podróż. Powiedział: księżniczko, droga będzie długa, męcząca i może niebezpieczna. Ale jeśli odważysz się wybrać ze mną, zobaczysz mnóstwo ciekawych rzeczy, poznasz nowych ludzi i nieznane Ci do tej pory smaki. A na końcu… będzie raj. Raj? – zastanowiła się księżniczka, która była raczej lękliwa i nigdy nie opuszczała swojego królestwa na tak długo. Jednak wizja zobaczenia raju, była tak kusząca, że po przejrzeniu mądrych ksiąg ze stosownymi ilustracjami, zdecydowała się podążyć za księciem. A droga była długa i męcząca. Książę i księżniczka musieli najpierw przelecieć wysoko nad ziemią, nad kilkoma kontynentami, na wielkiej latającej bestii. Następnie przedzierali się przez miejskie dżungle, gdzie na ulicach bez chodników czyhały na nich liczne warczące potwory, a z nieba deszcz lał się strumieniami. Przeprawili się potem przez prawdziwe lasy tropikalne, gdzie tłuste, olbrzymie pijawki wspinały się po ich trzewikach, a malaryczne komary cięły gdzie popadnie. Stanęli nawet oko w oko z tubylczym plemieniem aborygenów, żyjącym w dżungli i polującym przy pomocy zatrutych strzał. W końcu przeżyli nocną, wielogodzinną przeprawę autokarem, w którym panował straszliwy mróz oraz podróż statkiem, podczas której to księżniczka nabawiła się choroby morskiej. Aż w końcu dotarli na małą wysepkę. Deszcz akurat przestawał padać. Czekając, aż gotowe będą ich komnaty w drewnianym domku na plaży, książę wziął księżniczkę za rękę i zaprowadził ją nad brzeg morza. Księżniczka, która po tych licznych przygodach i trudach drogi była u skraju wytrzymałości, rozejrzała się niepewnie. – Co to jest? – To jest raj, księżniczko, powiedział książę. Nagle, ku zaskoczeniu księcia i samej księżniczki, ta ostatnia wybuchnęła rzewnymi łzami. - Co? To ma być raj? Niebo jest szare, woda też, a piasek jest mokry!!! A na dodatek, w toalecie hotelu nie było mydła, a ja, a ja chciałam umyć ręce... – zanosiła się płaczem. - Ależ księżniczko, oczywiście, że to jest raj. Poczekaj, aż zmieni się pogoda, zobaczysz piękne kolory. Na razie spójrz na te palmy, ciężkie od kokosów pełnych soku, zauważ niezwykłe egzotyczne kwiaty. Popatrz, są nawet leżaki i parasole, żebyś mogła odpocząć. Księżniczka spojrzała zza łez sceptycznie. Usiadła na skraju leżaka i rozpłakała się jeszcze bardziej. - Ale te leżaki są stare i wysłużałe!! – po jej policzkach spływały prawdziwe książęce łzy (niestety trochę czarne od mascary). – I te parasole też! - Może to stary raj – zauważył filozoficznie książę. - Nie, nie! Raj nie może być stary. Ani szary. Przewodniki kłamały! Nie ma raju, nie ma rajskich plaż! Wszyscy kłamią, raj wcale nie istnieje... – rozpaczała księżniczka. Na to książę już nic nie powiedział, tylko podrapał się zamyślony w głowę. I zaprosił księżniczkę na dobry obiad (niestety, może z zemsty, nie ostrzegając o czarnych śladach na policzkach). A potem pogoda się zmieniła… Księżniczka już najedzona, wykąpana i wypoczęta jeszcze raz spojrzała wokół siebie i… I żyli długo i szczęśliwie. ![]() ![]() ![]() ![]() A morał, bo w każdej bajce morał być musi, dośpiewacie sobie na pewno sami! Tagi: singapur, malezja, wojażowanie Paryż, 2011-11-23 15:38:28 skomentuj (24) Singapur czyli Azja dla początkujących, cz. II - pierwsze wrażenia ![]() Uwielbiam tę architekturę przełomu wieków - przysadziste, bogato zdobione, harmonije domki kontrastują z drapiącymi niebo budynkami. Singapur to przedsionek Azji. To jej wstęp, miejsce gdzie Azję można przećwiczyć i przygotować się na nią tak naprawdę.
W tym bogatym, portowym mieście, zdominowanym niegdyś przez Anglików, żyją wspólnie i pokojowo Chińczycy (w przewadze) razem z Malezyjczykami i Hindusami. Na ulicy widać wszystkie rasy, choć drobnych i suchych Chińczyków rzeczywiście jest najwięcej. Hindusi są odrobinę wyżsi, znacznie ciemniejsi, kobiety ubrane w tradycyjne spodnie i tuniki. Malezyjczycy o cerze znacznie bardziej opalonej niż u Chińczyków, mają też mniej skośne oczy. W ich pluchnych twarzach, jest coś dobrotliwego, przynajmniej tak mi się jeszcze w Singapurze wydaje. Ich świątynie sąsiadują ze sobą często na tej samej ulicy, kuchnie przenikają się tworząc nadzwyczaj aromatyczny melanż. Zresztą jedzenie, to tutaj naradowa rozrywka. ![]() Hinduskie świątynie dopiero zaczynają mnie zadziwiać. Ich wspólny sos to język: angielski. A właściwie „singlish”. Gdy pierwszy raz spotkałam Dżen Li, naszą singapurską przyjaciółkę, nie byłam w żadnym momencie pewna, czy na pewno mówi ona do mnie po angielsku. Moja znajomość tego języka zawiodła mnie zupełnie i długo trwało, zanim przystosowałam się do mocno aspirowanych spółgłosek, silnej i melodyjnej intonacji, i końcowych przyśpiewek „lo…” ![]() Kolonialny neoklasycyzm z Chinatown. Wspólne wyzwanie i wspólna świątynia to – centra handlowe, galerie, malle. Shopping to praktyka quasi religijna. Sklepy są gdzie nie spojrzeć, wiecznie pełne ludzi. Wyostrzam węch, czuję znajomy zapach. Zapach dawnego kolonialisty – Wielkiej Brytanii: lemon gel! Specyfik używany do mycia podłóg, niestety najwyraźniej nie opuścił wyspy razem z okupantem… Zresztą czystość Singapuru to oddzielny temat. W tym mieście nie walają się nigdzie śmieci, na ścianach nie ma tagów i grafitti, nikt tu ukradkiem nie załatwia żadnych potrzeb fizjologicznych przy ścianie. Za coś takiego zresztą na pewno grożą wysokie mandaty, tak jak za plucie na chodnik i żucie gumy. I nawet ludzie wydają się czyściutcy. Tak bardzo, że gdy w końcu widzimy pierwszego Chińczyka z dreadami i tatuażem, odczuwam pewną ulgę. Taka sterylność to coś zdecydowanie nie dla mnie! ![]() Parasole chronią nie tylko przed deszczem, mają też powłokę anty-UV. Zresztą ilość reklam gabinetów dermatologicznych oferujących zabiegi usuwające skutki opalania (czyli po prostu wybielających skórę) jest tu niezliczona. Zatem to singapurskie "wycieranie butów", jak na przedsionek przystało, jest elementem zupełnie do Azji nieprzystającym. Jeśli bowiem za pomocą Tiger Airlines przeniesiemy się z przedsionka do samego jądra Azji Południowo-Wschodniej, jakim - dla mnie, azjatyckiego laika, rzecz jasna - jest malezyjska stolica Kuala Lumpur, to i tak możemy poczuć się do tej lekcji zupełnie nieprzygotowani. ![]() Jeśli czerwony, wg Chińczyków przynosi szczęście, co przynosi kolor niebieski? Kochani, pozdrawiam Was serdecznie z Kuala Lumpur! Piszę dla Was i dla siebie, bo wiem, że po powrocie znowu wpadnę w brak czasu, "tu i teraz" wciągnie mnie i nie pozwoli na wspominki. Za chwilę spróbujemy się przetransportować na północ Malezji, do dżungli. Jeśli tylko wrócę stamtąd żywa, obiecuję dalszą część relacji. Tagi: singapur, wojażowanie Paryż, 2011-11-18 07:00:00 skomentuj (8) Singapur czyli Azja dla początkujących, cz. I ![]() Śmiała architektura azjatyckiego tygrysa. Na dachu tego molochu w Marina Bay - palmy i basen. Bez brzegów! Pierwsze wrażenie: drzewa są inne. Przede wszystkim drzewa. Dojrzałam je już lądując. Gęste czapy, rozłożyste, kępiaste. W Singapurze wciskają się prawie wszędzie, tak jakby natura walczyła z cywilizacją. Przyciągają wzrok i fascynują, dochodzą z nich niesamowite dźwięki. Małpy! – wykrzyknęłam z radością, gdy po raz pierwszy raz usłyszałam radosne „u-u-u-u-U!”. Ptaki – powiedział D. i miał rację. W Singapurze żyje trzysta gatunków ptaków. I powietrze. Gęste, nasycone wilgocią. Gdy wyszliśmy z metra, zamroczeni lekko z niewyspania, poczuliśmy, że droga do hostelu, z bagażami ociężałymi od prezentów weselnych, może być trudna. Powietrze stawało się coraz cięższe, a niebo coraz ciemniejsze. Skręciliśmy w ulicę Bugis, wprost w azjatycki zawrót głowy. ![]() Chinatown. Dziewiętnastowieczne "shophouses" i tygrysi pazur w tle. Na ulicy, w pierwszych kroplach ciężkiego deszczu, mnóstwo ludzi. Chiński lekarz rozłożył przed sobą matę z różnymi korzeniami i lekami i opowiada chętnym słuchaczom o sztuce tradycyjnego uzdrawiania.* Przed świątynią buddyjską grupka ludzi otacza tłustego złotego buddę. Głaszczą go, łapią dłońmi niewidoczną aurę i wcierają ją następnie w siebie jak balsam. Niewiele myśląc, porzucam moją walizkę i robię tak samo. Na pewno mi nie zaszkodzi – rzucam zdziwionemu D. Dopiero odchodząc widzę, że trzeba było wrzucić datek... Zastanawiam się, czy Budda jest bardzo zachłanny, czy pomaga też gratis? Tuż obok oszałamiający zapach kadzidełek. Ludzie palą je przed inną świątynią i modlą lekko kołysząc się. Nie pamiętam już jakiego wyznania ta świątynia, jeszcze zupełnie się gubię w tej azjatyckiej mozaice religijnej. Przez chwilę mam ochotę i do nich się przyłączyć , czemu nie, trochę modlitwy do nowego bóstwa nie zaszkodzi, ale widząc spojrzenie D. i czując kolejnej krople na sobie, postanawiam powstrzymać trochę ten mój religijny, choć synkretyczny, to fakt, zapał. ![]() Na tej uliczce w Chinatown widać hinduską świątynię, chińską pagodę, z drugiej strony meczet. ![]() Przed burzą kolory robią się bardziej wyraziste. ![]() Singapurski przechodniu, nie zapomnij zadrzeć głowy! Ciągnięcie walizki okazuje się być coraz trudniejsze. Przeszkadzają mi chodniki, a właściwie ich brak. To nie jest miasto dla pieszych, ulice nie są tu połączone siatką przejść dla niezmotoryzowanych, a na zielone światło czeka się godzinami. Gdy wreszcie dotarliśmy do na miejsce, rozpadało się na dobre. Deszcz, jakby tylko czekał, aż zdążymy się schować, lunął z szarego nieba strumieniami, rozpryskując się hałaśliwie o chodniki i ulice… W recepcji przyjęli nas niezwykle ciepli chińscy recepcjoniści. Dziewczyna spisująca moje dane z paszportu, nagle spojrzała na mnie zaskoczona, jej twarz ozdobił wielki uśmiech. Is this your birthday today? Nie sposób było zaprzeczyć. – Dam wam lepszy pokój, dla czterech osób i z widokiem. Uśmiechnęłam się do niej ciepło. Mój pierwszy urodzinowy prezent. ![]() cdn Tagi: singapur, wojażowanie Paryż, 2011-11-17 16:29:25 skomentuj (6) Droga do Singapuru 12 listopada 2011 Wylatujemy o godzinie 11 czasu paryskiego. Ogromny samolot linii Singapore Airlines wydaje mi się bardzo wygodny. To mój pierwszy lot "prawdziwą" linią lotniczą. Uśmiechnięte stewardessy w barwnych, folklorystycznych strojach rozdają poduszki, kocyki i to co mnie, rozczula - skarpetki. Mogę zsunąć baleriny i rozgrzać zmarznięte od klimatyzacji stopy. Przelatujemy błyskawicznie nad Europą, pokrytą gęstą warstwą chmur. Zaraz po obiedzie zasypiam, gdy budzę się, jest już popołudnie. Na małym ekranie przed fotelem, zamiast oglądać filmy czy grać w gry, wolę obserwować trasę samolotu. Po tym jak połknął jak gdyby nigdy nic Europę i przeleciał nad morzami Czarnymi i Kaspijskim, wciął się ostro w Gruzję. Za oknem, na tle czarnej nocy, pod nami pojawiła się gęsta i mrugająca konstelacja gwiazd. Tak naprawdę, według mapki na ekranie, to Tibilisi... Nie wiem czemu, ale sam dźwięk nazwy tego miasta przyprawił mnie o miły dreszcz. Głód przygody i duch włóczykija chyba wreszcie zaczął się we mnie budzić. Przelecieć cały Turkmenistan to mała pestka dla tego olbrzyma. Kiedy wgryzł się w Afganistan, spojrzałam za okienko. Gęsto udrapowane białe chmury wyglądały jak ostre i rozległe łańcuchy górskie. Stop. To były łańcuchy górskie. Od tła nocy odcinały się jasnym śladem. Ominęliśmy Kabul i przelecieliśmy granicę z Pakistanem. Nie było widać już nic więcej. Lądujemy w Singapurze o siódmej rano, czyli pierwszej w nocy. Na niebie blady krążek słońca. Azjatyckie parne powietrze uderza. Zaczadzeni upałem i duchotą idziemy powoli w stronę hostelu. Jeszcze nie wiemy, co nas czeka... ![]() Patrzę jeszcze raz na zegarek. Mam już trzydzieści lat. cdn Tagi: singapur, wojażowanie Paryż, 2011-11-16 17:31:43 skomentuj (6) skomentuj |