"To, co w każdym z nas najbardziej osobiste i wyjątkowe, to prawdopodobnie ta cząstka, która przemówiłaby najmocniej do innych, gdyby się nią podzielić."


Carl Rogers



Wasze ślady

Wasze listy




Tagi




Mój miniaturowy blog



dawno, czasami nieprawda
2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
luty
2008
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
luty
styczeń
2007
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień



filmowo
filmaster

inspiracje
Marcin Pietraszek
pogo Sevilliana
poza schematy
bric-à-brac
Logosviator

fotograficznie
paryż w szklanym oku
paris perdu
paris en photo
światowid
kraków
Jaskółka w fotografii

książkowo
wyzwanie - nagrody literackie
miasto książek
gazeta literacka
book z nimi
Moni-libri
poczytalnia
lekturki

parysko
widok z paryskiego okna
pod dachami miasteczka P.
gorący paryż

emigrancko
Obieży_światka
Mała Mi
voyages
tygiel Magamary
Polka chez les Ch'ti
Chihiro o świecie
Pyza
Galapagos
mafrance

osobiście
chiara
fragile
jaskółka
termos
zimno
c-k
agrafia
pozbierany
arancia
Kobieta
zbieg (obudzenie)
Brytyjka makatka
cappuccino
wieczorna
soleil





BLOG




Disklajmer: Kochani Czytelnicy, chciałabym Was poinformować, że NIE biorę udziału w tym konkursie, a powyższy banner został tu umieszczony bez mojej zgody i wiedzy, jak wszystko na tej belce.



pomarańcz(ow)e Czary


Uwaga, nisko spadająca szarość



Przechodniu, schyl lepiej głowę, skul ramiona.

1

Spokojnie poczekaj na lepsze czasy.

Tagi: foto, paryż


rozcinam-pomarancze...2010-02-09 10:36:23 skomentuj



Walizko spakuj się!



Wiesław Wałkuski

Już czas. Zapomniałaś? Jutro Paryż, już szepcze, woła, kusi...

Tagi: na walizkach


rozcinam-pomarancze...2010-02-04 19:41:50 skomentuj



Krótka bajka o smokach i szklanych księżniczkach
"Śliczny chłopczyk", rozczulają się liczne ciocie nad błękitnookim trzyletnim blondynkiem. "No, Gustawku, daj cioci całusa" nalegają, a chłopiec posłusznie składa usta w dzióbek. Jednak zamiast soczystego buziaka w bezbrzeżnie zdumione twarze cioć płynie strumień powietrza i kropelki śliny. Mały cherubinek strasznym głosem wykrzykuje: "Nie jestem Gustawkiem, jestem smokiem!"

Jednak na bal przebierańców nie chciał się przebrać za smoka (nie musi, przecież nim jest). Nie chciał być też Zorrem, rycerzem, czarnoksiężnikiem, ani żadnym innym stworzeniem. Uparł się, żeby zostać... firanką. Na cierpliwe tłumaczenia, że firanka to przedmiot, a nie żadna istota, w którą można się wcielić, Gutek odpowiadał, że bardzo chce pobyć chwilę przedmiotem.

"A ja jestem z plastiku" - mówi zadziornie, próbując mi zaimponować. "A Ty?" - wbija we mnie swoje niebieskie spojrzenie. "A ja jestem ze szkła" - odpowiadam z uśmiechem mojemu bratankowi.

I dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że wcale nie żartuję.



Tagi: ludzie


rozcinam-pomarancze...2010-01-31 19:58:24 skomentuj



(de)makijaż

Wstaję rano i spoglądam w lustro, szukając swojej twarzy. Nie niepokoi mnie to, co widzę, lecz to, czego nie mogę dostrzec. Sięgam więc po kredki i pędzelki. Namaluję sobie nową twarz, każdy dzień zaczynam od tego aktu kreacji. Tam gdzie oczodoły, rysuję kredką bardziej obecne spojrzenie, szminką robię sobie szeroki uśmiech, różem dodaję policzkom trochę dziarskości. Efekt jest groteskowy. Ale wszystko lepsze niż tamto puste miejsce.

Potem wypełniam szczelnie cały dzień. Zapycham każdą szparę, żeby wiatr nie hulał po pustych pokojach. A jeśli jednak się wedrze i wyje, wtedy czytam Herberta. Cudzymi słowami łatam własną ciszę.



Tagi: cudzysłów


rozcinam-pomarancze...2010-01-26 13:18:12 skomentuj



Gorzkie mleko (La teta asustada), Claudia Llosa

Fausta jest dziewczyną o zjawiskowej urodzie. Ale jej twarz jest ponura. Fausta jest jak kwiat, który z jakichś powodów nie może w pełni rozkwitnąć. Żyje na obrzeżach peruwiańskiej stolicy otoczonej groźnie wyglądającymi, skalistymi górami. Obdarzona przepięknym głosem, w swój prosty i naturalny sposób - śpiewa. Wymyśla sobie piosenki i śpiewa, by zagłuszyć niepokój i znaleźć trochę ukojenia. Świat według Fausty jest bowiem miejscem pełnym niebezpieczeństw. Dlatego nie wychodzi nigdy sama z domu. Chodząc po swoim peublo, porusza się zawsze wzdłuż ścian, inaczej mogłyby ją dopaść smutne, pokutujące dusze. Ale najbardziej Fausta boi się mężczyzn. Mężczyźni w jej oczach są obrzydliwi, skłonni do najgorszych bestialstw i wzbudzają w niej lęk wręcz paniczny.

Fausta, gdy tylko bardzo się boi, krwawi z nosa. Lekarz wprawdzie mówi, że to dlatego, że jej naczynia są umieszczone bardzo płytko, ale Fausta i jej rodzina wiedzą lepiej. Dziewczyna cierpi na chorobę zwaną "gorzkie mleko". Choroba ta, według peruwiańskich wierzeń, jest przekazywana dziecku przez matkę, która karmiąc swe dziecko, zaraża je strachem. Lekarz jednak uważa, że taka choroba nie istnieje.

"On się na niczym nie zna!" mówi z gniewem Fausta. I trzeba jej przyznać rację. Bo matka Fausty przekazała jej nie tylko dar śpiewu, ale też swój lęk. Jak zapewne niejedna peruwiańska kobieta, matka Fausty, nosząc ją jeszcze w sobie, doświadczyła rzeczy strasznych, ze strony partyzantki. Z jej też rąk straciła męża, zamordowanego w bestialski sposób. Z tym koszmarem radzi sobie na swój sposób - śpiewa o tych wydarzeniach. Montonnym głosem, wyśpiewuje cały swój koszmar, jakby każdego dnia przeżywała go na nowo. A razem z nią  jej córka. Która wraz z matką musi dźwigać całą tę traumę.



Faustę poznajemy, gdy jej matka umiera. Zostaje sama. By móc pochować matkę w odległej wiosce, tam gdzie leży ojciec, dziewczyna musi wyjść ze swojej mrocznej skorupy do świata. Przełamać swój strach. Praca, którą podejmuje u artystyki, jaką jest pani Aida, będzie dla Fausty prawdziwą szkołą życia. Drogą do przezwyciężenia przeszłości.



Film "Gorzkie mleko" jest piękny i nie boję się użyć tego słowa. Nie tylko dzięki ciekawej historii, wysmakowanym dźwiękom i obrazom, choć muzyka w filmie chwyta za serce, a zdjęcia są malarskie i pełne artyzmu. Wielkość tego filmu polega na tym, że opowiada on o tym, co uniwersalne, co często musi stać się doświadczeniem wielu z nas - przemianie. Niezależnie czy żyjemy w małym, skalistym pueblo czy na jakiejkolwiek innej szerokości geogracznej. Bez względu na to, co przekazali nam rodzice. By zacząć żyć pełną piersią, często trzeba odrzucić to, co stare i obciążające. Świadomie zacząć się zmieniać.

Każdy, kto kiedykolwiek próbował wejść na drogę zmiany, wie jak bardzo to jest trudne. Stary świat, choćby zły i wrogi, jest jednak czymś znanym. W paradoksalny sposób - bezpiecznym. Zmiana i to co będzie po niej, jest czymś niepewnym, niesie więc poczucie zagrożenia. Związek córki z matką, bądź mówiąc bardziej ogólnie dziecka z rodzicami, jest jedną z najważniejszych relacji. Jednak, by stać się dojrzałym, trzeba odciąć pępowinę. Wybrać z tego, co
się od nich dostało, tylko to, co najlepsze, a pozbyć się tego, co nie pozwala się rozwinąć.

 


I właśnie o tym opowiada ten film. Fausta, by zrealizować swój cel, musi stanąć ze swoim lękiem oko w oko.  Nauczyć się wykorzystać swoje zdolności, ale też zawalczyć o swoje prawa. A przede wszystkim - zaufać komuś. Paradoksalnie (choć tu znawcy psychoanalizy zapewne nie zdziwią się) na drodze Fausty, od śmierci matki, bardziej znaczącymi postaciami będą mężczyźni. Fauście, przez okrucieństwo losu i ludzi, nie było dane poznać ojca. Jednak teraz, na drodze Fausty, pojawi się postać starszego ogrodnika, który spełni ważną rolę w jej przemianie...

Nie brakuje też lekkiego poczucia humoru, który Claudia Llosa uzyskuje przetykając swój obraz scenami z peruwiańskiego folkloru ślubnego. Magali Solier stworzyła Faustę, która urzeka, tak jak i jej magiczny śpiew. Który długo zostaje w pamięci, tak jak i cały ten subtelny, priękny i wzruszający film.






Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2010-01-21 23:47:08 skomentuj



Prezent
Czasem Kraków pełen jest niespodzianek. W knajpce Bunkra Sztuki, gdzie człowiek chce spokojnie porozmawiać, instaluje się Grzegorz Turnau i śpiewa. Śpiewa Turnaua i śpiewa Lennona. W grzanym winie jest tyle bakalii, że można najeść się na cały tydzień. A w rozmowie mnóstwo iskier i zaskakującej bliskości.

Na zakończenie, które, jak to zwykle bywa, przyszło za szybko, stanęliśmy na ulicy Szewskiej i każde z nas miało iść w swoją stronę. I chciałam jeszcze powiedzieć coś na "do widzenia" (zawsze chcę coś powiedzieć na "do widzenia", coś niby amulet, w który można wyposażyć odchodzącą osobę). Ale nie zdążyłam. W moich rękach znalazł się mały pakunek zawinięty w kolorowy papier, a mój rozmówca wydał się tak speszony faktem wręczenia mi prezentu, że miałam wrażenie, iż odwrócił się na pięcie i po prostu rozpłynął w zimowym Krakowie. A ja poszłam w swoją stronę, odwiązując od razu czerwoną wstążeczkę, z niecierpliwością obdarowanego dziecka, powstrzymując radosne piski. Z myślą, że nie zdążyłam chyba nawet podziękować...

Najlepsze są te prezenty, które są zupełnie nieoczekiwane. Zwłaszcza, gdy opakowanie kryje, coś, wokół czego już od dawna krążyło się w księgarniach, oglądając, obwąchując, podczytując.



Teraz czytam ją, najczęściej po powrocie z pracy, gdy chwilowo nie mam siły na nic. A gdy nie mam siły nawet na słowa, które w pracy potrafią mi się mocno dać w kość, po prostu oglądem. Tyle piękna na raz szybko stawia na nogi i doładowuje baterie. Zwłaszcza, że nieraz przy tym, uśmiecham się na wspomnienie mojego rozmówcy...

Czy Was też ktoś tak kiedyś trafnie choć niespodziewanie obdarował?


Tagi: ludzie, książka, kraków


rozcinam-pomarancze...2010-01-17 12:18:02 skomentuj



Persécution

Patrice Chéreau jak zwykle nie oszczędza swojego widza. Już sam tytuł filmu czyli "prześladowanie", podpowiada, że spędzimy ciężkie chwile w kinie.

Pierwsze obrazy ukazują nam ponury i nieprzyjemny świat czyli paryskie metro. Smutni i zmęczeni ludzie unikają wzroku rozchełstanej, żebrzącej kobiety. Tylko jedna dziewczyna próbuje się do niej uśmiechnąć. Dostaje za to w twarz. I ten policzek, mamy wrażenie, jest wymierzony w nas, w widzów.

I wtedy na scenę wchodzi (to dobre określenie, biorąc pod uwagę, że Chéreau jest też reżyserem teatralnym) Romain Duris, odgrywający głównego bohatera, Daniela. Z całą swoją intensywnością zagaduje nadpadniętą kobietę, pragnącą w tym momencie jedynie spokoju, zadając jej uporczywe pytanie "dlaczego akurat Ty"?

"Dlaczego akurat ja" -  podobne pytanie zada Daniel wkrótce, tym razem dziwnemu typowi, który spotyka go wtedy w metrze i od tamtego momentu śledzi i bezustannie nachodzi, wyznając mu...  miłość. Pytanie wróci jak bumerang: "Jak udaje ci się kochać takiego kogoś jak ja?"  w rozmowie z ukochaną Sonią (Charlotte Gainsbourg). Bo Daniel jest prześladowany, nie tylko przez ten tego dziwnego człowieka, ale też przez rozpaczliwe pragnienie miłości, zaborczej i wszechogarniającej. Jednak trudno dostrzec w nim ofiarę. Nachodząc i przytłaczając swoją ukochaną, jest lustrzanym odbiciem swojego dręczyciela, to on sam staje się prześladowcą.

To uporczywe pytanie odsłania logikę Daniela, według którego na wszystko trzeba zasłużyć. Jakby trudno mu było uwierzyć, że ludzi można kochać tylko dlatego, że po prostu istnieją. Jego bezkompromisowość, nie pozwala mu zrozumieć, dlaczego Sonia potrzebuje odrobinę przestrzeni i w konsekwencji odsuwa się od niego. Zresztą i on, choć sam dręczony zazdrością i niepokojem, wystawia ją na próby, podrywając w barze, na oczach Soni kelnerkę. Sensu życia szuka pracując jako wolontariusz w hospicjum. Jednak i tam nie udaje mu się odnaleźć ukojenia dla sumienia, w którym jak wyrzut kwitnie wizja ojca, który zmarł w podobnym miejscu, zupełnie sam.



I choć Daniel wydaje się postacią bardzo spójną, po głębszym zastanowieniu, nasuwają się pytania. Czy to możliwe? Czy ten prześladujący go wariat naprawdę istnieje? Ta istota, która ucieleśnia miłość, jaką, wydawało by się, wyobraża sobie Daniel - totalną, dążącą do całkowitego zlania się ze swoim obiektem? Może to tylko jedna z postaci zasiedlająca umysł zmęczonego i udręczonego swoją samotnością człowieka? Posuwając się tym tropem dalej - czy na pewno istnieje Sonia? Ta Sonia o słodkim głosie, niczym swoja imienniczka z Dostojewskiego, która bierze w obronę Daniela, gdy wszyscy w barze odsuwają się od niego, nie chcąc słuchać jego inwektyw na temat jego jedynego przyaciela. A może w tym barze Daniel też mówi tylko do siebie?



I tak przy akompaniamencie wyjątkowo męczącej muzyki, długich i licznych dialogów, prześladowany czuje się też widz. Mimo iż, zarówno Romain Duris, jak i Charlotte Gainsbourg, nie szczędzą łzawych spojrzeń, a od intensywności emocji film się wprost gotuje, ten przeintelektualizowany obraz pozostawił mnie w dziwnej obojętności. Daniel mnie nie wzrusza, raczej odstręcza. Zimne, odrealnione wnętrza i takież miasto, choć stanowią idealne tło dla historii, potęgują chęć ucieczki z tego świata, czy też wyjścia już z kina.

Bardzo cenię dokonania Patrice'a Chéreau, a jego "Intymność" był jednym z ważniejszych filmów, jakie widziałam. Ale niestety. Tym razem nie mam ochoty wsiąść do tego pociągu (czy choćby wagonu metra).

A o tym filmie, z trochę innego punktu widzenia, można przeczytać też u Holly.



Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2010-01-14 23:38:42 skomentuj



kalendarz podróżny 2009
Wyznam Wam po cichu, że jakoś trudno mi w pełni rozpocząć ten rok. Może dlatego, że wciąż jestem myślami wysoko w górach. Po krakowskich, zaśnieżonych chodnikach, chodzę lekko zygzakiem, wbijając w śnieg wyimaginowane kijki i hop, skręt w prawo, hop skręt w lewo, szuu... Ale spójrzmy rzeczywistości w paszczę - na nogach mam buty na obcasie, a nie dwie deski, w rękach co najwyzej ciężkawą torebkę... Co rano, gdy dzwoni budzik, mówię sobie "jeszcze chwilkę, minutkę" i odwracam się na drugi bok. I śpię kolejne godziny. Do pracy docieram przed jedenastą... Nie wiem czy to zimowa hibernacja po nadaktywnej jesieni czy zwykłe, powakacyjne lenistwo? Zaraz podepnę się do codzienności, jeszcze momencik... Tymczasem odwracam się do niej plecami i patrzę  Jeszcze w 2009.

Właściwie rok ten zaczął się w listopadzie 2008, kiedy D. rozpoczął nową pracę, znacznie ograniczającą jego mobilność i pobyty krakowskie. Ale, by zilustrować prawdziwość powiedzenia, że gdy zatrzaskują się nam przed nosem jedne drzwi, gdzieś indziej otwierają się drugie, właśnie wtedy ja dostałam w pracy zielone światło dla nomadowania. I tak zaczął się szalony rok między Paryżem i Krakowem, zakpiliśmy z przestrzeni i udało się nam spleść obie historie. Moja mała walizka stała się prawie damską torebką, wiecznie uwieszoną u mojej dłoni. Wraz z nią spenetrowałam niebo nad Europą, nie tylko między punktami K i P. Dzięki naszym kochanym i gościnnym przyjaciołom udało nam się także odkryć różne inne kropki na mapie. W kolejności chronologicznej, dotarliśmy:

- w marcu - do Montpellier. Południe Francji przywitało nas przepysznym słońcem i wietrzną plażą. A samo miasto oczarowało atmosferą i starymi murami.


fot. D.

- w kwietniu- do Londynu. To jak wizyta u starego znajomego, który wiadomo, że zawsze marudzi pogodowo, siąpiąc nieustannie dokuczliwym deszczykiem. Ale podczas tamtego tygodnia, raz wyszło słońce! Pierwszy raz (do tej pory trudno mnie było wyrzucić z National Gallery) trafiłam do Tate Modern. I zapewniam, że nie ostatni! Po raz pierwszy znalazłam się też w dzielnicy Bloosmbury, myśląc intensywnie i jak zwykle z niepokojem o pani... Woolf.


fot. czara

- w maju - do Oslo. Norwegia rzuciła mnie, wprawdzie nie tylko na kolana, ale też do łóżka z grypą. Ten jej mały wycinek, który miałam szansę zobaczyć został mi mocno pod powiekami. W Oslo, w domu Ibsena, razem z nim polowałam nam dziką kaczkę i na moście krzyczałam z Munchiem. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Park Vigelanda, do tej pory nie zdecydowałam - dobre, czy złe. Podróż pociągiem do Trondheim między jeziorami i górami była czymś, czego nie zapomnę, a przecież ponoć są jeszcze piękniejsze trasy. Fiordy, śniegi, Ocean, a nawet malutkie
Ålesund śnią mi się do dzisiaj.


fot. czara

- w lipcu -  do Prowansji i mojej ukochanej Pomponette. Najnowsze wieści głoszą, że Pomponette nie wytrzymała samotności. Pewnego dnia zeszła sobie ścieżką w dół, do innej najbliższej farmy i wprowadziła się do osiołków sąsiadów..


fot. czara
            -
i do Burgundii, gdzie popełniłam największe faux-pas w życiu. Zapytałam rodowitego Burgundczyka, czy woli wino bordeaux czy burgunda... Z morderczą miną odpowiedział, że od dziecka przyzwyczajano go do burgunda, a bordeaux nie przechodzi mu nawet przez gardło...


fot.  via-bourgogne


- w sierpniu - nad brzeg Żyrondy. Tydzień w winnicy, wyborny koniak i pineau, pola słoneczników. Poznawałam historię rodziny D., grabiłam liście opadające ze kasztanów i kąpałam się w Oceanie. Ciekawostką bardziej turystyczną była dawna osada gallo-romańska "le Fâ" z I wieku naszej ery. Miły Pan kustosz był tak zmartwiony, że w pół godziny zdążymy zwiedzić tak mało, że wpuścił nas bez biletu...


fot. czara

                - przejeżdżając kawał Francji i podziwiając niezwykłą spójność architektury francuskich regionów, dotarliśmy do Owernii w Masywie Centralnym, na zjazd rodzinny. Kilkusetletnie kamienne domy chroniły przed upałem, w nocy spaliśmy w domku ze słomianą strzechą, która co parę lat musi być odanawiana, ręcznie, przez jedynych już specjalistów w całej Francji.


fot. czara

                - do czarującej włoskiej Ligurii. Genua przywołała duchy Michaela Winterbottoma. Ja pełna niepokoju, mijając wiecznie czekające panie w wilgotnych, nie znających światła uliczkach, umierając z gorąca, próbowałam (jak zwykle...) nadążyć za D., którego rozpierała zwykła mu energia. Z ulgą zwiedzałam chłodne kościoły, bo w Genui każdy przecież kiedyś chciał mieć swój kościół. A potem wdrapywaliśmy się na góry Cinque Terre i wyprawialiśmy się na Kon-Tiki, yy chciałam napisać - kajaku na morze Ligurskie.


fot. D.

- w październiku - na jeden dzień do Deauville w Normandii, niczym prawdziwi zblazowani Paryżanie. I cały dzień spędzliśmy nucąc melodię z tego filmu.


fot. czara

- w grudniu - do Kotliny, ale to już... znacie? Znacie! To poooglądajcie! ;)


fot. D.

Ale teraz czas zająć się tym co tu i teraz. Wycisnąć wszystkie soki z codzienności. Realizować nowe plany i marzenia, nie bojąc się upadków. Czas odwrócić się i zacząć patrzeć przed siebie.


foto. D.



Tagi: foto, wojażowanie


rozcinam-pomarancze...2010-01-10 16:18:04 skomentuj



Narty
Z lekką tremą zabieram się do pisania, po raz pierwszy w 2010 roku... (czyż to nie dziwna data? Na cyfrach znam się słabo, niemniej czasem zachwyca mnie ich elegancja, zawsze poluję na stronę 111 w każdej książce, którą czytam, i na godzinę 11.11...) Ostatnie dni pokryły bloga lekką warstewką kurzu, dziękuję Wam tym bardziej za stałe tu zaglądanie i cierpliwość.

Co roku, na przełomie lat, zaszywam się wraz z D. w Kotlinie Kłodzkiej. Nie biorę komputera, nie działa mi tam telefon, nie mam dostępu do internetu. Za to rano przypinam do stóp narty, popołudniu piję grzane wino i czytam w wannie książki. A wieczorem karmię sarny, które głode podchodzą pod sam dom. Podczas spacerów macham przyjaźnie do przystających zajęcy, patrzących z ciekawością na noworocznych przybyszy...


fot. D. i moj nowy prezent gwiazdkowy - statyw

W wolnych chwilach jeździmy do Bystrzycy Kłodzkiej, przepięknie, tarasowo położnej nad rzeką. Choć może niektórym wydać się szara i smutna, dla mnie wciąż jest zaludniona średniowiecznymi mieszkańcami. Widzę wozy rozkładające sie podczas dnia targowego, wi
dzę jak uliczki zamieszkane przez rzemieślników odpowiednich cechów pulsują życiem. Widzę pochód anabaptystów, odszczepieńców, którzy zmuszeni są w chłodny poranek 1545 roku opuścić miasto. I jak rajcy rajcują, za kim stanąć podczas wojny trzydziestoletniej. I liczne pożary, najazdy i grabieże okrutnych wojaków... To wszystko wyraźnie staje mi przed oczyma w malowniczym kadrze średniowiecznych murów obronnych.

Moje male Bajkowo jest dla mnie m
iejscem bardzo ważnym. Trzy lata temu wybrałam się tam właśnie o tej porze, tylko po to, by ukryć się przed całym światem. Dość mocno przykryta szklanym kloszem, nie umiałam w żaden sposób przebić tej ściany, chciałam tylko chować się i spać. I wtedy D. - do dziś nie wiem, jak mu się to udało - namówił mnie, by znowu, po wielu latach, przypiąć narty.


fot. D.

I stał się cud. Choć wtedy każdy poranny prysznic wydawał mi się zadaniem ponad miarę, górą trudną do pokonania, jednak nauczyłam się jeździć na nartach! A mocna dawka adrenaliny przywróciła mnie światu. Klosz popękał, zaczęłam bardzo powoli, ale jednak wygrzebywać się z depresji, niby z potężnej śnieżnej zaspy. Co więcej, D. nauczył mnie nie tylko szusować po sudeckich stokach (a trafiłam na specjalistę, uwierzcie, mam teorię, że D., przecież wychowany niczym Heidi w alpejskich wioskach, sztukę swobodnego zjeżdżenia na dwóch deskach opanował zaraz po etapie raczkowania)... D. nauczył mnie też tego, żeby nie bać się przewracać. Nie trzeba się zrażać. Bo upadek to nie fatalna porażka, ale raczej znak, że próbuje się czegoś nowego, że przechodzi się na jakiś nowy etap...

Tego Wam i sobie życzę w Nowym Roku - kolejnych etapów, w czymkolwiek chcielibyście się rozwija
ć. Niech każdy upadek, który się się Wam przydarzy, będzie nauką, kluczykiem do drzwi, które chcecie pokonać. Wszystkiego dobrego!


fot. czara




Tagi: wojażowanie, to co ważne


rozcinam-pomarancze...2010-01-06 22:50:50 skomentuj



Wielki zawód
Chociaż pisanie o tym, co mnie oczarowało, przychodzi mi z dużo większą przyjemnością niż krytykowanie, słowo się rzekło. Moje trzy największe filmowe zawody tego roku - do tablicy, proszę. Ale najpierw, słowem wstępu: to, co tu przedstawiam, to są zapewne, biorąc pod uwagę liczne nagrody jakimi zostały obsypane, dobre filmy, bądź nawet wybitne. Ich oglądanie nie jest stratą czasu (w innym przypadku nie zawracałabym Wam głowy). Ale ja, w każdym z tych trzech filmów pokładałam bardzo duże nadzieje. Zbyt duże, jak się okazało.

Lektor (The Reader), Stephen Daldry

Czym mi zawinił twórca jednego z filmowych arcydzieł czyli "Godzin" (The hours) (wielbicielom polecam: tę notkę) i mojego ulubionego Billy'ego Elliota? Może właśnie tym, że jego najnowszy film arcydziełem nie jest. A szkoda, bo historia jaką opowiada, jest przecież bardzo ciekawa. Oczywiście ten film ma też inne plusy i przez pierwszą część oglądałam go z dużą przyjemnością, w czym nie bez zasług jest Kate Winslet. Ale im dalej w las... Pomijam fakt, że Ralph Fiennes, nie jest moim ulubionym aktorem - to zestawienie różnych planów czasowych jest nieudane, przeciąża film, wprowadza niepotrzebne dłużyzny i sprawia, że staje się on nużący. Popłakujący Ralph doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Podczas ostatnich scen, czułam się jak uczennica, której po raz kolejny tłumaczy się odrobioną już lekcję. A dosłowność i łopatologia to jest to, czego nie lubię w kinie najbardziej.


Serafina (Séraphine), Martin Provost


Z twórczością Serafiny zderzyłam się przypadkowo w Paryżu, w muzeum Maillol. Zderzyłam się, bo, wrażenia, jakie ona na mnie wywołała były skrajne. Krótko powiem, że nie przepadam za malarstwem naiwnym, ale dzieła Serafiny, mimo że w pewien sposób dla mnie irytujące, na długo przykuwały mój wzrok. Z bijącym sercem szłam więc na film, licząc na podobne przeżycia... I tu niestety zawiodłam się, gdyż jedynym wrażeniem, jakie sprawił na mnie ten film, to była... nuda. Zabawne, zazwyczaj lubię filmy, które inni określają "nic się tam nie dzieje", ale tutaj chodząca w tę i z powrotem Serafina nie była w stanie przykuć na dłużej mojej uwagi, a jej - ciekawa przecież historia - została przez miałkość wielu z tych scen zupełnie zgaszona.


Co wiesz o Elly (Darbareye Elly), Asghar Farhadi

Z tym filmem mam chyba największy problem, bo trzeba przyznać, jest dość dobrze zrobiony. Jego oglądanie przez większą część czasu sprawiało mi dużą przyjemność. Atmosfera jak w thrillerze, a przy tym ciekawy obraz obyczajów kultury dla mnie egzotycznej. Niestety wyszłam z kina zniesmaczona. Tajemnicze zniknięcie dziewczyny rodzi problemy zupełnie dla mnie niezrozumiałe. Może jest to wynikiem obcości kulturowej, ale dylematy bohaterów wydały mi się zupełnie nieistotne w obliczu wagi wydarzenia. Problem kłamstwa i domniemanej zdrady został, według mnie, pokazany tak niewiarygodnie, że wręcz śmieszyła mnie emfaza i szarpanina bohaterów. Wyszłam z kina więcej niż zawiedziona...
(Więcej i zupełnie w innych barwach na temat tego filmu - tu.)

Pisanie o tych filmach, zmęczyło mnie tak, jak ich oglądanie.
Oczywiście, czytałam wiele bardziej niż pozytywnych recenzji każdego z tych filmów, co jednak nie wpływa na mój ich odbiór. I zdaję sobie sprawę, jak bardzo narażam się niektórym kinofilom... Ciekawa jestem, czy ktoś z Was oglądał te filmy i ciekawa jestem Waszych wrażeń na ich temat. A może Was też coś szczególnie zawiodło filmowo w tym roku?

Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2009-12-28 23:23:00 skomentuj



Wielka trójka
Pamiętam jak w mroźny poranek jechałam do pracy tramwajem, pierwszy raz tego roku. Myślami jeszcze byłam w górach, gdzie jak co roku w maciupeńkiej miejscowości w Kotlinie żegnałam stary rok. A tu, w tramwaju, wyświetlacz oznajmił "DO SYLWESTRA POZOSTAŁO 360 DNI". Pomyślałam - kto, do stu diabłów, może już zastanawiać się nad następnym sylwestrem? Jakim prawem ktoś już odlicza dni temu nowemu, przecież jeszcze w powijakach, roczkowi? I wtedy zdałam sobie sprawę, że to ja nie nadążam. Że te trzysta ileś dni przecież minie jak moment...

I minął. Już za parę dni po raz kolejny jadę do Kotliny, oglądać nocne, zimowe niebo nad górami, w ostatni dzień roku. Niechybnie zbliża się zatem czas podsumowań. Dla mnie to był bezapelacyjnie rok kina, rok przesiedziany przed wielkim ekranem. Niech więc tego dotyczy ta notka.

Wybrałam trzy obrazy, które zrobiły na mnie największe wrażenie (nie, tym razem nie będzie znowu o Milczeniu Bergmana!). I choć z całej trójki, każdy film zasługuje na coś większego, niż tych parę słów, jednak zależy mi na tym, żeby się z Wami, tymi moimi coups de coeur na szybko i jeszcze w tym roku podzielić.

Milczenie Lorny (Silence de Lorna), bracia Dardenne

Silence de Lorna
Jedna z piękniejszych historii miłosnych. Trudnej miłości, rodzącej się w cieniu zła - nałogu i strasznego świata wokół. Jedna z bardziej dramatycznych przemian głównej bohaterki, która, nawet jakby wbrew sobie, decyduje się odciąć od brudu i zła. Film, jak to u braci Dardenne, zrealizowany w ten surowy sposób, który nie pozwala nam myśleć, że świat to bajka. Każe natomiast zanurzyć się w historię po samo dno. W historię, z której otrząsnąć się nie sposób.





Zapaśnik (The Wrestler), Darren Aronofsky

Ten film z założenia nie mógł mi się podobać. Sceny pełne krwi i walki rzeczywiście spędziłam zaciskając powieki lub obserwując oświetlane światłem ekranu przerażone twarze innych widzów. A jednak wciągnęłam się zupełnie... Poruszył mnie do bólu obraz człowieka nieprzystosowanego do zwykłego życia, uzależnionego od dziwnego świata walki i bólu, w którym z góry wiadomo, że dobro pokona zło. Człowieka, który jak dziecko pragnie miłości, ale jak niedojrzały dorosły nie potrafi jej dać, mimo niezdarnych prób. Mickey Rourke grając poniekąd samego siebie, z wirtuozerią i niezwykłą szczerością zagrał na moich najbardziej wrażliwych strunach.


Biała Wstążka (Das Weisse Band), Michael Haneke

Haneke szuka korzeni zła. Jego oskarżycielski palec wyciąga się w kilka stron. W stronę specyficznego pojęcia religii, która tłamsi dusze i osobowości przy pomocy niewspółmiernych kar, chęci zduszenia naturalnych instynktów, złamania osobowości, nawet jeśli robi to w imię swoistego pojęcia "dobra człowieka". W stronę patriarchatu, mężczyzn, którzy gardzą kobietami, którzy chcą zbrukać nawet wcieloną niewinność. Przeciwko niesprawiedliwości społecznej  - wyzysku jednej grupy przez drugą. Przeciwko hipokryzji i ciasnocie umysłów. Haneke pokazuje jak ofiary stają się katami, jak niewinni cierpią i zadają cierpienie. Wszystko to na tle wysmakowanych obrazów, pełnych surowego, ale piękna, z ładnie wkomponowaną historią miłosną. I, jak to u Haneke, tajemnicze i niedopowiedziane. Czyli idealne składniki i proporcje na wielki film.

Walczyłam ze sobą jak lwica, o kolejne filmy, które pchały się na to moje prywatne i subiektywne podium. Z Białą Wstążką mocno walczył też "33 sceny z życia" Szumowskiej, choćby dlatego, że choć pełen czarnego, ale zawsze humoru, ujął wszystko co w życiu ważne i trudne - śmierć, miłość, dojrzewanie, zdradę i grzyb alkoholizmu...

Następnym razem chciałabym przedstawić (jeszcze bardziej subiektywny) przegląd filmów, które sprawiły mi największy zawód w tym roku, powinny z wielu powodów oczarować, a pozostawiły niesmak lub pustkę. Ale póki co, z ogromną ciekawością, pytanie kieruję do Was - co dla Was było największym kinowym przeżyciem tego roku? Jak postrzegacie moje typy? Czy coś przegapiłam?




Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2009-12-26 23:57:56 skomentuj



Przed zapaleniem choinki
Kochani Czytelnicy, tak dużo jeszcze z Was tu zagląda... Więc nie wszyscy dali się porwać w szalony wir świąt, świąteczną panikę lub entuzjazm paraliżujące wszystkie inne aktywności? Czytelnicy śledzący tego bloga od lat, bądź ci, którzy choćby rzucili oko na listę mojego archiwum, może znają mój stosunek do świąt. Od lat szukam swojego na nie sposobu i jeszcze go nie znalazłam. 

Tę notkę więc dedykuję wszystkim tym, którzy ze stresu zaczynają już obgryzać paznokcie lub koniuszek swetra. I tym, których już od tygodnia zalewają wspomnienia i różne stopklatki, czasem takie, które chciałoby się wymazać lub przemalować. Wigilia, jak żaden inny dzień, ma niezwykłą siłę intensyfikacji wszystkiego. Ci którzy są szczęśliwi, stają się nimi jeszcze bardziej, smutni doświadczają tego uczucia z jeszcze większą siłą, zgryźliwi stają się zgryźliwsi, nerwowi jeszcze bardziej rozstrojeni. Rozdarci pomiędzy wszystkimi tymi uczuciami, są zagubieni jeszcze bardziej.

Nie umiem składać życzeń i nie jestem dobra w świątecznych dekoracjach. Mam za to dla wszystkich mały prezent. Ze świętami, Krakowem i Paryżem, śniegiem i podróżami, z nostalgią i szczęściem. Czyli Konstanty Idelfons Gałczyński zaprasza do "krainy zdradzonego dzieciństwa". Wersja dla ciekawych i wytrwałych. Ci, którzy jednak mają mało czasu, rozrywani pomiędzy lepieniem pierogów, pastowaniem podłóg, a ozdabianiem choinki, mogą przeczytać tylko ostatnią zwrotkę ;) Dla tych, co poezji nie lubią - przejdę od razu do sedna: wesołych świąt!

Przed zapaleniem choinki

Wstęp
Już się dzień jak tragarz pochyla.
Trzeba wyjść na miasto. Wigilia.
Trzeba się trochę powłóczyć
zamglonymi ulicami Krakowa.
A Kraków jest dama fędesjeklowa
w biżuterii świateł sztucznych.

II
Przemówienie do ulic
(w mimowolnej formie piosenki)

Siostry moje, ulice,
chcę wam dziś miłość wyznać:
wy jesteście moja ojczyzna,
mój deszcz i wiatr, i śnieg.
śnieg tak pachnie jak lilia,
deszcz jak wino upija,
idąc wami słyszę, jak mija
szalony XX wiek.
W dali, na wzgórzu przystanę,
gdzie miasto zaczarowane,
wy płyniecie tam ze mną, piękniejsze
od najpiękniejszych rzek.
Siostry sny zsyłające,
Siostry moje, ulice,
w dzień na szybach ze słońcem,
w noc z wiszącym księżycem.
W was puszczałem w rynsztokach
małe łódki z papieru,
o, złote dźwięków szuflady,
o, filharmonie szmeru.
Któż tak potrafi rzewnie
mgłami zasnuć i osnuć?
Któż tak do ucha szepnie:
"Nie smuć się, bracie, nie smuć".
Wiosną ptaszki i listki,
latem jest kurz złocisty,
jesienią koncert dżdżysty,
a zimą wiatr i śnieg
i śnieg tak pachnie jak lilia,
wiatr jak wino upija,
idąc wami słyszę, jak mija
szalony XX wiek.

(W ten sposób, pojmujecie,
mam milion sióstr na świecie,
bo w każdym mieście
jest moje szczęście:
ulice, ulice, ulice.)

III
Anormalny chiromanta
Gdzie wzejdzie Gwiazdka? w niebie.
Gdzie są dziewczyny? w sklepie.
Dziewczyny ciastka sprzedają.
W sklepie jest lepiej niż w niebie.
Właśnie do sklepu wszedł chiromanta
oraz chiromanty cień -
i rzecze chiromanta: "Niech da mi panna
dwa miliony rurek z kremem".

"Przepraszam pana. Bez głupich żartów.
Ile żąda dobrodziej?",
"Cztery miliony, a zresztą - nie warto".
I tak jak wszedł, Wychodzi.

IV
Straszne skutki pijaństwa
Ulicą jedzie dorożka,
dorożkarz jest wlany troszkę,
i w dodatku śpiewa ten nicpoń:
"Nie przesadzajmy z prohibicją...
Nie przesadzajmy... tararara..."
Więc wnet spotyka go kara:
nagłą śmiercią umiera na koźle.
Dobrze ci tak, stary ośle.
Koń łeb odwraca. Przez smutne oko
patrzy - o, dolo gorzka.
i mówi: "Jeszcze jeden dorożkarz
odszedł nie wiadomo dokąd".
A lekarz stwierdza. I dzwonią z dziennika.
A śnieg tańczy walczyka.

V
80 strażaków i 1 (jedno) bluźnierstwo
Inną ulicą z wielkim wysiłkiem
tirli-bum-tiritomba
idą strażacy i tak przez pomyłkę
grają na pożyczonych trąbach:
JESTEM DZIŚ TAKI SENTYMENTALNY,
ŻE MÓGŁBYM SPRZEDAWAĆ ŁZY.
ADRESIK: HOTEL "FENOMENALNY"
POKÓJ NR 303.

I śnieg pada przez pomyłkę.
I topnieje na jezdni.
I wiatr wieje przez pomyłkę.
A inaczej było w przepowiedni.
Bo miało być słońce we dnie
i lekkie mgiełki z rana.
Oto są przepowiednie
świętego Korbiniana.
A tutaj śnieg monstrualny
i pada, i pada, i...
JESTEM DZIŚ TAKI SENTYMENTALNY,
ŻE MÓGŁBYM SPRZEDAWAĆ ŁZY.

VI
Zamieć
Zamieć, zamieć na bożym świecie,
na całym świecie zamieć.
Śnieg, powiadacie? A cóż wy wiecie,
co to jest zamieć?
Strach? A cóż wy możecie poradzić
na taki strach?
Na śnieżnej chmurze jak na białym byku sadzi
tłusty Sebastian Bach.
Liryka, muzyka coraz to wyższa,
do nieba by się szło,
właśnie tak, gdym Bacha w zamieć słyszał
w Paryżu, w PALAIS CHAILLOT:
Organy w chmury, w chmurach cherubin
chmurom krzyczący. "Grajcie".
. . . . . . . . . . . . . . . . .
Wszystko, coś stracił, wszystko, coś zgubił,
w Bachu, bracie, odnajdziesz.

VII
Powrót
A podobno jest gdzieś ulica
(lecz jak tam dojść? którędy?)
ulica zdradzonego dzieciństwa,
ulica Wielkiej Kolędy.
Na ulicy tej taki znajomy,
w kurzu z węgla, nie w rajskim ogrodzie,
stoi dom jak inne domy,
dom, w którymżeś się urodził.
Ten sam stróż stoi przy bramie.
Przed bramą ten sam kamień.
Pyta stróż: "Gdzieś pan był tyle lat?"
"Wędrowałem przez głupi świat."
Więc na górę szybko po schodach.
Wchodzisz. Matka wciąż taka młoda.
Przy niej ojciec z czarnymi wąsami.
I dziadkowie. Wszyscy ci sami.
I brat, co miał okarynę.
Potem umarł na szkarlatynę.
Właśnie ojciec kiwa na matkę,
że już wzeszła Gwiazdka na niebie,
że czas się dzielić opłatkiem,
więc wszyscy podchodzą do siebie
i serca drżą uroczyście,
jak na drzewie przy liściach liście.
Jest cicho. Choinka płonie.
Na szczycie cherubin fruwa.
Na oknach pelargonie
blask swieczek złotem zasnuwa,
a z kąta, z ust brata płynnie
kolęda na okarynie:
LULAJŻE, JEZUNIU
MOJA PEREŁKO,
LULAJŻE, JEZUNIU,
ME PIEŚCIDEŁKO.


Konstanty Ildefons Gałczyński
1947



Tagi: cudzysłów


rozcinam-pomarancze...2009-12-23 15:08:51 skomentuj



"...rozmowa dwóch krzeseł



przy zimnym stoliku..."

Tagi: foto, paryż, cudzysłów


rozcinam-pomarancze...2009-12-20 22:19:57 skomentuj



Pod jednym, paryskim, dachem
Nie jest łatwo dwóm osobom, przyzwyczajonym do samotności, żyć pod jednym dachem, nawet czasowo. Zderzenie dwóch wszechwświatów zawsze skutkuje różnymi big i bang.  Ja i D. mamy, na przykład, jeden główny problem - różne idee porządku. Dla niego to czyste podłogi i umyte naczynia. Dla mnie - wszystko idealnie na swoim miejscu. W chaosie przedmiotów i obiektów gubię się i czuję zagrożona. Tak więc, jak tylko przyjeżdżam, zabieram się za układanie nieznośnych rzeczy martwych, tam gdzie ich miejsce. W moim mniemaniu, oczywiście.

I tak, D. wiecznie czegoś szuka w swoim własnym domu. Nieraz już w Krakowie odbieram nerwowe telefony:

-P'tite, nie widziałaś moich spinek do mankietów? Mam cholernie ważne spotkanie i zaraz się spóźnię!

- Spokojnie, oczywiście, że widziałam. Są w niebieskim pudełeczku. A niebieskie pudełeczko jest w różowym pudełku. Różowe pudełko jest w kartonowym, kolorowym pudle. A te w szufladzie, trzeciej od dołu.

Ten D. to kochane stworzenie, tylko czasem nie myśli logicznie, moim zdaniem. Innym razem widzę, jak grzebie bezskutecznie w szufladach więc pytam, czego szuka.

- Skarpetek narciarskich. Zamarzają mi stopy. Nie widziałaś ich?

- Może w praniu... - odpowiadam niepewnie, patrząc speszona na moje stopy w ciepłych, za dużych, męskich skarpetach.

Musimy dokupić drugą parę. Podkradam też jego swetry, a jesienią paradowałam po Paryżu w jego marynarce, podwijając tylko rękawy. Dopiero potem dowiedziałam się, że to była ta od najlepszego garnituru...

Czasem jednak straty są nie do odrobienia:

-P'tite, nie widziałaś takich pierniczków ze Szwajcarii? - pyta D., przeczesując kuchenne szafki -To jest prezent dla tante Sylvie... Nie przełożyłaś ich gdzieś? - drąży.

- Przełożyłam - czując się winna, nie próbuję nawet oszukiwać...

- To gdzie są? - D. wyraźnie poczuł ulgę.

- W moim brzuchu.. A ściśle rzecz biorąc, to teraz już nie wiem gdzie dokładnie, zjadłam je przedwczoraj - wyznaję z zakłopotaniem.

Kupiliśmy cioci kwiaty. A D. od tamtej pory słodycze przechowuje w pracy, co, uważam, jest dobre dla mojego zdrowia.

Tymczasem w Paryżu spadł śnieg, przechodnie ślizgają się na chodnikach. (Ja na przykład dzisiaj, podczas spaceru na Montmartrze w pełnym słońcu, na rue Gabrielle, widowiskowo, i jakże patriotycznie, wywinęłam orła.) Za to, ze względu na warunki pogodowe, D. udzielił mi wspaniałomyślnie dyspensy od przemieszczania się rowerem.

Jednak, gdybyście kiedykolwiek byli w Paryżu i zobaczyli na ulicy kobietę ze śmiercią w oczach, niepewnie balansującą na ciężkim velib'ie i wśród warkotu samochodów krzyczącą:  "D. attends* moooooooooooooooi!!!"... To najprawdopodobniej będę ja. W męskim szaliku. (D. będzie już parę ulic dalej.)


A teraz (prosta) ZAGADKA: w którym miejscu Paryża znajduje się to graffiti?

Miłego weekendu!

*attendre = (za)czekać, czasownik regularny (trzeciej grupy)



Tagi: paryż, prozą


rozcinam-pomarancze...2009-12-18 20:25:08 skomentuj



Czara K.

Krakowski poranek, krakowska śnieżna zadymka, krakowskie lotnisko. Moja walizka grzecznie sunęła za mną, jęcząc tylko na krawężnikach. A ja westchnęłam, myśląc, że z naszej dwójki, mnie i D., tylko ja jestem nomadem. (Tylko ja mogę spakować komputer i wieczorem zasiąść do pracy w zupełnie innym miejscu. Czy większości zawodów nie dało by się wykonywać w ten sposób? Gdyby tylko ci, którzy nam płacą, zdecydowaliby się nas uwolnić...)

"
Myślę, że takich jak ja jest wielu. Znikniętych, nieobecnych. Pojawiają się nagle w terminalach przylotów i zaczynają istnieć, gdy urzędnicy wbiją im do paszportu stempel albo gdy uprzejmy recepcjonista w jakimś hotelu wręczy im klucz. Zapewne odkryli już swoją niestałość i zależność od miejsc, pór dnia, od języka czy miasta i jego klimatu. Płynność, mobilność, iluzoryczność — to właśnie znaczy być cywilizowanym."

- Co to jest? - Bardzo Ważny Pan w Mundurze zapytał mnie podczas rutynowej kontroli osobistej, palcem wskazując plastikowy przedmiot, o kształcie i konsystencji meduzy.

- Ogrzewacz - odpowiedziałam grzecznie, mimo że jeszcze nie zdążyłam ubrać butów, zanim inna Pani w Mundurze obszukała mnie od stóp do głów. (Jak większość podróżnych, bo podróżny równa się przecież podejrzany,
bo "tyrani wszelkiej maści, piekielni słudzy, mają we krwi nienawiść do nomadów").

Bardzo Ważny posłał mi kolejne pytające spojrzenie.

- Nie zna pan? - zdziwiłam się. -Ściska się to w dłoni, łamie taką blaszkę, i wtedy to się robi ciepłe -  wytłumaczyłam cierpliwie. Wzruszył ramionami, ale odpuścił. By po chwili wykrzyknąć oskarżycielsko:

- A to? - wyciągnął triumfalnie maleńki flakonik z mojej torebki.

- Olejek mentolowy - odpowiedziałam, chociaż zaczęłam powoli tracić cierpliwość, zastanawiając się nad sensownością tego śledztwa. - Pomaga przy katarze - dorzuciłam, bo wydawał się jakiś nieprzekonany.

- A to?? - oskarżycielsko wskazał tym razem małe pudełeczko z apteczną maścią przeciwalergiczną, robioną na receptę (moja twarz źle reaguje na paryską wodę).

- Maść - rzuciłam krótko, bo pokłady cierpliwości miewam mocno ograniczone, kolejka za mną robiła się coraz dłuższa, a ludzie patrzyli z rosnącą ciekawością.

- A na co??? 

- Na... hemoroidy. - wycedziłam. Dorzucając uprzejmy uśmiech.

"Kiwaj się, ruszaj. tylko tak mu umkniesz. ten, kto rządzi światem, nie ma władzy nad ruchem i wie, że nasze ciało w ruchu jest święte, tylko wtedy mu uciekasz, kiedy się poruszasz. on zaś sprawuje rządy nad tym, co nieruchome i zmartwiałe, nad tym, co bezwolne i bezładne. ... więc ruszaj się, kiwaj, kołysz, idź, biegnij, uciekaj, gdy tylko się zapomnisz i staniesz, pochwycą cię jego wielkie ręce i zamienią cię w kukiełkę."

Nie było więcej pytań. Mogłam spokojnie ubrać buty i poczekać na koniec zadymki śnieżnej nad Krakowem, patrząc na zupełnie pustą, białą płytę lotniska (tak, nawet pogoda dzielnie strzeże powietrznych granic). A kolejne dwie godziny spędziłam w niesamowitym słońcu, które rozciągało się nad grubymi dywanami chmur śniegowych.

"Błogosławiony, który idzie."*

*Bieguni, Olga Tokarczuk


Tagi: kraków, tokarczuk, na walizkach, cudzysłów


rozcinam-pomarancze...2009-12-16 19:45:25 skomentuj



Mieszkanie przy Gare de Lyon
Biorę delikatnie całą swoją pochorobową kruchość i pakuję ostrożnie do walizki. Parę sukienek, ciepły sweter i całe moje zmęczenie. Wsiądę do samolotu, jak do tramwaju, jeszcze parę turbulencji, przytrzymam więc spłoszony żołądek i podskakujące serce, by w końcu wysiąść na trzęsących się nogach i wciągnąć zapach croissantów. I już. W domu czeka D., bazylia, mięta i paprotka. Nie bardzo chcą słyszeć, że nie miałabym siły przylecieć. D. uważa, że paryskie spacery wypłyną zbawiennie na moje zdrowie.

Mniej więcej cztery lata temu (nigdy nie miałam pamięci do dat) krążyłam po paryskiej dwunastce, przeczesywałam dzielnicę od Bastylii do Dworca Lyonu, aż po Faubourg Saint Antoine. Spacerowałam po Viaduc des Arts, czyli dawnym wiadukcie, na którym teraz rośnie park. Patrzyłam z góry na przechodniów i  samochody. Zaglądałam ciekawie w okna najwyższych pięter pięknych, haussmanowskich kamienic. Wieczór w grudniu zapada szybko, nawet w Paryżu. Zaczęłam odczuwać głód, po całodziennej wędrówce. Miałam schronić się w metrze, ale dostałam wiadomość, nie, już nie pamiętam od kogo. Z adresem i zaproszeniem do wspólnej zabawy. Na ulicy obok. W pięknym i wielkim, pełnym pokoi i ludzi mieszkaniu, nie umiałam się znaleźć, nie wiedziałam zupełnie u kogo goszczę. Zagadnęłam więc pierwszą osobą, z której biło jakieś ciepło, a iskierki w orzechowych oczach dawały niemylące znaki dużego poczucia humoru. Zażartowałam, że gospodarze chyba chcą nas zagłodzić, karmiąc jedynie chipsami. Mój rozmówca lekko się zająknął, ale wkróce siedzieliśmy na podłodze, bagietkę i ser popijaliśmy czerwonym winem. Był właśnie jednym z gospodarzy.

I tak, od tego faux pas, zaczęła się moja znajomość z D. Nie wiem, jak to się stało, że właściwie przyszłam do niego tak z ulicy i powiedziałam "jestem głodna" (prawie jak Gieniusia z "Opium w rosole"). I nie wiem, jak to się stało, że w pewien sposób zostałam już na dobre. Oczywiście, gdy odlatywałam, wszyscy mieli swoje teorie (zauważyliście, że ludzie zawsze mają swoje teorie, zawsze na cudzy temat?). Ale jakoś czyjeś recepty nigdy nie sprawdzają się w moim, trochę dziwnym życiu. Dni płynęły, samoloty na niebie zostawiały białe smugi.

Dzielnica jest inna, mieszkanie mniejsze, pokoje tylko dwa. Zamiast tłumu ludzi - nasze książki, garnki, żółta kanapa i mój wygodny fotel do pracy. I D., bazylia, miętą i paprotka. Czekają. A wszystko takie oswojone. I ja, w końcu oswojona.


Tagi: ludzie, paryż, to co ważne


rozcinam-pomarancze...2009-12-14 22:17:12 skomentuj



"Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olga Tokarczuk

Przyznam się, że nie jestem szczególną miłośniczką kryminałów, może dlatego, że nigdy nie interesuje mnie "kto zabił". Mimo tego, choć najnowszą książkę Tokarczuk można zaliczyć do tego gatunku, wciągnęła mnie ona do cna. Postać Janiny Duszejko przez parę dni zupełnie mną owładnęła, miałam wrażenie, że mówię jak Duszejko, myślę jak Duszejko, i nawet zaczęłam, a właściwie: zaczęło mi się, pisać językiem Janiny Duszejko.

(Uważni Czytelnicy być może zauważyli, że od pewnego czasu, nabrałam maniery pisania niektórych słów wielką literą. Ten zabieg jest moim małym przymrużeniem oka, miniaturowym hołdem w kierunku jednej z najciekawszych, według mnie, współczesnych pisarek.)

Dlatego w poniedziałek zignorowałam wszystkie obowiązki i mimo już wtedy atakującej mnie choroby - stawiłam się punktualnie na Długiej 1, w przepysznej Sali Mehofferowskiej, na spotkanie z Autorką. Niestety spotkanie, prowadzone przez Bogdana Zalewskiego zaczęło się dość niezgrabnie. Wprawdzie zafascynowanie pana Redaktora Pisarką i jej książkami było, przyznaję, ujmujące, nie zmienia to faktu, że jego ponad półgodzinne dygresje i luźne meandrowanie po swoich własnych skojarzeniach i przemyśleniach, były dość hermetyczne. No dobrze, były irytujące. Pan Redaktor zdawał się nie dostrzegać czytelników, siedząc do końca spotkania do nich bokiem, nie dbając o swoją dykcję, tak że trudno było go czasem zrozumieć. Swoje pytania zadawał w taki sposób, że w końcu nawet Autorka, mimo niewątpliwej sympatii jaką darzyła Redaktora, w końcu zapytała: "Ale o co właściwie chodzi?".

Trudno się więc dziwić, że w końcu i czytelnicy dali wyraz swojemu niezadowoleniu (może też zresztą nie do końca w dobrym stylu). Na szczęście, gdy tylko głos przejmowała Olga Tokarczuk, wszystko się odmieniało. Ta frapująca i nietuzinkowa osoba, była jak zawsze pełna skupienia i niepozbawiona poczucia humoru. Mimo, że zarzekała się, iż pisanie to "psychoza kontrolowana", co znaczy, że jej bohaterka jest całkiem odrębna od niej samej, trudno nie doszukiwać się punktów zbieżnych pomiędzy tymi dwiema postaciami.

Kim jest więc Janina Duszejko? Ta kobieta, mieszkająca w Kotlinie Kłodzkiej, (a bliska granica czeska jest w książce też bardzo ważna), należy do pokolenia hippisów, "generacji, która umiała jeszcze kontestować", by posłużyć się słowami Pisarki. Tokarczuk, jak sama stwierdza, dała Janinie "alternatywną" osobowość
i własne, osobne spojrzenie na świat (słowo "alternatywny" przewijało się przez całe spotkanie, na szczęście nie przez książkę, bo to nieładne słowo, jak może by powiedziała Duszejko). Duszejko więc nie tylko mieszka na pograniczu, ale też pasjonuje się dziedziną z "pogranicza" czyli astrologią (dla pasjonatów - książkę konsultował Leszek Weres). Wieczorami tłumaczy ze swoim przyjacielem Dyziem wiersze dziewiętnastowieczonego poety Williama Blake'a. Zwierzęta nie są dla niej istotami różniącymi się wiele od ludzi, według niej mają te same prawa, przypisuje im też motywacje czysto ludzkie i to właśnie je podejrzewa o sprawstwo tajemniczych zbrodni, które wstrząsają okolicą. I w całym tym swoim ekscentryzmie, Janina Duszejko wydaje się jedną z najcieplejszych postaci, jaką Tokarczuk stworzyła.

Książka ta jest pełna humoru i przyjemnie się ją czyta. Nie oznacza to jednak, że jest to szybkie danie do przełknięcia i zapomnienia. "Nie pisałabym czegoś, tylko po to, by było to lekkie, łatwe i o niczym." powiedziała Pisarka. Janina, która ma swoisty stosunek do imion (jak do wszystkiego zresztą) stwierdza, że powinna raczej nosić imię Bożygniewy, bo to właśnie Gniew często nią motywuje, gniew przeciw ludzkiemu okrucieństwu i bezmyślności. Tak też ja postrzegam tę powieść, jako wyraz gniewu i buntu Autorki - dostaje się tu nie tylko myśliwym, jest tu też sprzeciw wobec patriarchatu i Kościoła.

Ta opowieść nie jest jednak tylko zielonym protest songiem. Bunt jest tutaj głębszy, dotyczy właściwie całego bezrefleksyjnego świata, w którym jedne istoty zabijają inne. Świata, w którym człowiek, by przeżyć, potrzebuje mechanizmów obronnych, jak oszukiwanie samego siebie i ubieranie maski hipokryzji. W którym ludzie posługują się ironią i szyderstwem, dzięki czemu myślą, że mogą stać z boku i w nic się nie zaangażować.
Tokarczuk zwracając się ku temu co marginalne i wyśmiewane (jak jej bohaterowie i ich zajęcia), odwraca się plecami do całego tego "mainstreamu" (kolejne brzydkie słowo).

I jedno tylko co razi, to ta wszechobecna mitologizacja Czech, jako krainy szczerości i niewinności. Wydaje się to dość naiwne, jak wszystkie zresztą idealizacje (a znając historię, wiadomo na przykład, że Czesi nie są choćby odrobinę mniej obłudni od Polaków). Chociaż patrząc na niepokojące ilustracje Jaromira Svejdika, trzeba przyznać, że talentów naszym południowym sąsiadom nie brakuje.

Podsumowując, Tokarczuk po raz kolejny stworzyła intrygującą i napisaną świetnym językiem książkę, dotykającą tematów ważnych i kontrowersyjnych. Jak zwykle jest tu też wiele interesujących spostrzeżeń - perełek, które można wyłuskać z monologów głównej bohaterki. I właśnie dlatego zaczynam jej ponowną lekturę.

Polecam ciekawy wywiad z autorką opublikowany przez mój, przyznaję się, ulubiony tygodnik, Politykę.

PS Dla wielbicieli talentu Tokarczuk mam dobrą wiadomość. Pisarka zdradziła, że jest już po dokładnym "researchu" koniecznym do napisania następnej książki. Zatem ta ukaże się całkiem szybko. Ja osobiście już zaczynam niecierpliwie czekać.

PS 2 UWAGA - w komentarzach wkradł się spoiler, czyli szczegóły zakończenia utworu.



Tagi: książka, tokarczuk


rozcinam-pomarancze...2009-12-11 16:54:59 skomentuj



Rywalizacja w Wenecji
Niedziela zawsze wydawała mi się dniem idealnym na wyjście do muzeum lub na wystawę. (Niestety, za każdym razem kiedy drepczę bezradnie  w paryskim tłumie, uświadamiam sobie, że nie tylko mi...) Dlatego dzisiaj cofam się trochę w czasie i zabieram Was ze sobą do Luwru.

Jeśli lubicie włoskie malarstwo XVI wieczne, wystawa "Tycjan, Tintoretto, Veronese... Rywalizacja w Wenecji" będzie dla Was dużym przeżyciem. Ostrzegam, że w kolejce stoi się średnio pół godziny, ale nas to dzisiaj nie dotyczy! Dzięki karcie "Ami du Louvre" wejdziemy bez kolejki (i za darmo).

Wystawa jest bardzo bogata (85 arcydzieł wypożyczonych przez muzea całego świata), ale podzielona na kilka odrębnych tematów. Można więc z bliska porównać dokonania całej trójki. Ja malarstwa sakralnego nigdy nie potrafię docenić, te sale zostawiam więc D. A sama więcej czasu spędzam przed portretami i aktami
.


Tycjan, Danae

Oczywiście na początek sam Mistrz, Tycjan, w którego cieniu zmuszeni będą przepychać się pozostali, młodsi artyści. Tycjan sławę osiąga już w 1520 roku i pracuje na zamówienia wielkich ówczesnego świata. Tycjan najbardziej kusi moje oczy kolorem. Jego skłonność do czerwieniu, cynobrów i karminów jest mi bardzo bliska.


Tycjan, Wenus z lustrem

Jego protegowanym jest Veronese, który szybko zdobywa sławę w Wenecji. Jego obrazy są lekkie, świetliste, dekoracyjne. Piękne, ale dla mnie chyba zbyt mało w nich emocji...


Veronese, Respect

(I tu eleganccy paryżanie i spragnieni czegoś więcej niż Mona Liza turyści, odrywają wzrok od obrazów, bo oto właśnie przez salę przechodzi, tylko czasem przystawając i rzucając luźne komentarze, grupka młodych, kolorowych chłopców. Ich wygląd, ciuchy i akcent wskazują bez pudła na paryskie przedmieścia. Tak naprawdę jest sobotni wieczór i chłopcy być może rozgrzewają się przed dyskoteką? Tymczasem jeden z nich zatrzymuje się w sali poświęconej św. Hieronimiowi i pyta D., z tym charakterystycznym rytmicznym akcentem, "M'sieur, a dla-czego ten pan zawsze jest ma-lo-wany z lwem?". Chłopak miał szczęście, trafił na syna pastora, załapał się więc na ciekawą opowieść o wyciąganiu kolca z lwiej łapy...)


Veronse św. Hieronim
Veronse, św. Hieronim

Najbardziej jednak mnie ujął Tintoretto, młodszy od Tycjana o trzydzieści lat. "Pochodził z prostej rodziny, naprawdę nazywał się Jacopo Robusti, a jego przydomek Tintoretto - "farbiarczyk" - wziął się od rzemiosła, które uprawiał jego ojciec. Krótko terminował u Tycjana, który - jak głosi legenda - wyrzucił go za nadmiar talentu."


Tintoretto, Autoportert

Z jego autoportretu bije jakaś niezwykła energia, może to światło jego twarzy wyłaniającej się z ciemności, a może bystre, uważne spojrzenie.


Tintoretto, Autoportret

Tak, to ta sama postać. Z młodzieńca zostało tylko to coś w spojrzeniu, poza tym starość jest ukazana szczerze i bez upiększania. O dawnej zadziorności świadczy nietypowa poza, już nie, jak to było przyjęte, z pół-profilu, ale en face, by odróżnić się w ten sposób od konkurentów.

A teraz obraz, który zatrzymał mnie najdłużej.


Tintoretto, Tarkwiniusz i Lukrecja

Nie wiem, co mnie bardziej zachwyca. Czy to ten gwałtowny Ruch zatrzymany na płótnie? Piękno ciała? Opozycja między (spadającą) rzeźbą, a broniącą się kobietą, oddana w tak sugestywny sposób? Niestety mam wrażenie, że  zdjęcie nie oddaje piękna tego obrazu. Nie widać na przykład niezwykłej jasności ciała Lukrecji, także emocje wydają się bardziej martwe.

Podobnie ta notka nie oddaje nawet odrobinę bogactwa tej wystawy. Jeśli jednak narobiłam apetytu komuś, kto nie będzie w Paryżu przed czwartym stycznia, zapraszam na tę stronę:

http://mini-site.louvre.fr/venise/fr/exposition/prologue.html 


Wystawę można tu zwiedzać wirtualnie, a przy okazji dowiedzieć się mnóstwo ciekawych rzeczy. Polecam też interesujący artykuł na ten temat w Gazecie Wyborczej.

A Wy, czy macie już swojego ulubieńca?



Tagi: paryż, wystawa


rozcinam-pomarancze...2009-12-06 20:27:13 skomentuj



tak jak gwiazdy i drzewa
Listopadowe słońce niepostrzeżenie zmieniło się w grudniową szarość. Obudziłam się tego ranka i ze zdumieniem odkryłam, że jestem w moim Domu w Krakowie. Dwa weekendy w Krakowie pod rząd, to mi się ostatnio rzadko zdarza!

Chłodne i pokryte niby warstwą dymu powietrze, nie zachęca do wyjścia. Co innego stosik książek przy łóżku i aromatyczna poranna kawa. I podjadanie suszonych moreli, słodkie wspomnienie prowansalskiego lata. Te małe drobiazgi, proste radości, jak smarowanie bułek grubą warstwą kłodzkiego miodu, zwijanie czystych skarpetek w kulki, obmyślanie menu na dwa dni - tylko dla mnie.

Kiedyś nie umiałam spędzać czasu sama. W każdy weekend, który zastawał mnie bez Towarzystwa, chowałam się w pracy. To był dla mnie jedyny sposób, żeby jakoś usprawiedliwić swoją egzystencję. Gotowanie dla samej siebie uważałam za stratę czasu, a wszystkie te bzdety niczym z kolorowych gazet, o sprawianiu sobie małych przyjemności, kwitowałam prychnięciem.

Kiedyś... Choć przemijanie pewnie przeraża mnie tak, jak nas wszystkich, jednak bardzo cieszę się, że to "Kiedyś" minęło. Cieszę się, że nie jestem już Dzieckiem, Nastolatką czy nawet Dwudziestolatką... Niedawno skończyłam dwadzieścia osiem lat, oglądam się teraz za siebie i myślę, że jeszcze nigdy nie było mi tak, jak teraz. Lata (może nie każde z osobna, ale takie ujęte w większej puli) niosą dobre rzeczy - Doświadczenie, lepszą pozycję w pracy (a zatem - nie mam zamiaru udawać, że to nieważne - większe pieniądze), nowe Odkrycia, nowe hobby, nowe apetyty... Z biegiem czasu coraz lepiej czuję się ze swoim ciałem i całą tą wykreowaną przez przypadkowe gry genów - fizycznością.

I spokój. Który daje rosnąca pewność wyboru. Chociaż teraz spotykam więcej inspirujących ludzi niż kiedykolwiek, choć jestem w stanie docenić czar wielu osób płci przeciwnej wokół mnie, umiem już oddzielić ziarna od plew. I prawdziwe uczucie, zbudowane mozolną pracą, od silnych, zalewających mnie dopaminą i wszystkimi "inami" - emocjami. Fantazjującą głowę, dążącą ku mojej (i nie tylko) zgubie, trzymam mocno na wodzy.


(Oczywiście, gdy spojrzymy w dół, nie w górę, zawsze zobaczymy śledzący nas krok w krok cień. Rewers. Strach, strata, bezsilność,  depresja, może tylko przyczajona na chwilę? Nie udało mi się też, mimo usilnych starań, rozwinąć jakiejkolwiek duchowości, ani choćby zalążków obojętnie jakiej wiary.)

I jeszcze coś ważnego, coś, co też przyszło z Czasem, nie bez mojej ciężkiej i właściwie codziennej harówki. To kiełkujące uczucie dla siebie samej. Nauczyłam się opiekować sobą jak dzieckiem. Otaczać się uwagą. Nie potrzeba mi żadnych usprawiedliwień, nie muszę niczego udowadniać. Choć jeszcze dużo pracy przede mną, nigdy nie czułam się tak, jak teraz. Wreszcie jestem Kimś. Dla siebie samej.



Tagi: to co ważne


rozcinam-pomarancze...2009-12-05 13:24:49 skomentuj



"Odgłosy robaków - zapiski mumii" Peter Liechti
 
Nie, nie stałam się nagle miłośniczką horrorów, filmów przyrodniczych, czy jakicholwiek turpistycznych klimatów. I nie jest takim też ten film, na który wybrałam się w niedzielne, słoneczne popołudnie. 


    Punktem wyjścia historii jest odnalezione ciało mężczyzny, w prowizorycznej chatce w lesie. Wraz z nimi myśliwy odnajduje jego dziennik, dzięki któremu można odtworzyć historię ostatnich dni tego człowieka. Otóż umarł on w tym lesie nie z powodu wypadku, czy morderstwa. Jego śmierć nie była przypadkiem, tak jak przypadkowe nie było jej miejsce, ani sposób. Okazuje się, że ten gęsty i odludny las był miejscem, które wiele lat wcześniej uderzyło go swoim pięknem i odizolowaniem. Po latach wraca, by tu umrzeć. Jego samobójstwo nie jest desperackie, nagłe i brutalne, nie. On po prostu przestaje jeść i czeka. Oddaje się śmierci w ten powolny sposób, do końca prowadząc swoje notatki.

    Film jest dokumentalno-artystycznym zapisem ostatnich dni tego człowieka. Jedyny głos, jaki słyszymy, to głos naszego bohatera z offu, który dzień po dniu opisuje, co czuje. Patrzymy też wraz z kamerą jego oczyma - wpatrujemy się w foliowy dach jego ostatniego "domu", wychodzimy, póki siły pozwalają, na zewnątrz i patrzymy na niebo, drzewa... Większość czasu jednak, przed naszymi oczyma przemykają wysmakowane estetycznie obrazy, niczym sny lub wizje udręczonego umysłu. W tej samotności każde drzewo, a nawet gałązka rysują się jakby osobno, oddzielnie. Sekundy mijają tak jak minuty i tego straszliwego tempa reżyser nam nie oszczędzi, spędzimy tak z nim każdy z sześćdziesięciu dni, jakich potrzebuje dusza, by uwolnić się z wycieńczonego ciała.



(Znajomi zapytali mnie "dlaczego chciałaś obejrzeć ten film"? Zadawałam sobie podobne pytanie, siedząc w pustej sali kinowej, z której jedyna inna osoba wyszła niedługo po rozpoczęciu projekcji, a ja poczułam się tak sama wobec jego umierania, jak bardzo sam w tym lesie był on. Chciałam chyba  poznać stan umysłu człowieka, który decyduje się odejść, z taką premedytacją i konsekwencją. A może chciałam spróbować (w ten dziwny i bezpieczny sposób, który gwarantuje nam kino) umierać trochę razem z nim?)

    Wiele recenzentów tego filmu, skarży się, że nie dowiadujemy się, co tak naprawdę skłoniło tego człowieka do samobójstwa. Nie bardzo rozumiem ten zarzut, gdyż w pewnym momencie on sam wyraźnie mówi, że musi odejść, gdyż nie pasuje do tego świata. W innym miejscu wspomina, że i tak od dawna czuł się martwy... Czy powinno się mieć ("dobre"?) powody? "W filmie Petera Liechtiego irytuje tylko jedno – bezbrzeżna głupota głównego bohatera, który z niezrozumiałych powodów postanowił odebrać sobie życie." pisze Rafał Świątek. Ja bym powiedziała, że głupotą jest jedynie pogardzanie tym, czego nie rozumiemy.



   Mnie bardziej interesowało raczej to, co czuje człowiek umierając, w ten sposób. Co robi i o czym myśli ktoś, kto leży i tak pokornie ale zarazem wyzywająco czeka na śmierć? Modli się? Dokonuje rachunku sumienia? Walczy z wątpliwościami? Nasz bohater jest ateistą. Przed śmiercią czyta Becketta i Dantego, słucha Bacha. Czego brakuje mu najbardziej? Towarzystwa innych ludzi. Marzy, by ktoś go odnalazł, jedynie po to, by zamienić z nim parę słów. Nawet słysząc tytułowe odgłosy robaków, ucieszy się, notując: "Nie jestem tak naprawdę sam."

(Dlaczego umie cieszyć się muzyką Bacha i chce odejść zarazem? Pomyślałam o Clarissie Dalloway, która może ciągle kroczy londyńską ulicą o poranku i tak bardzo umie się cieszyć tą świeżością Londynu. Clarissie Dalloway, która może dlatego nie popełni samobójstwa. I pomyślałam też o Septimusie, który nie mogąc już żyć normalnie, wybiera swoją drogę).

    Jeśli ktoś szuka w tym filmie wielkich odkrywczych słów, błyskotliwych przemyśleń na temat śmierci i życia, duchowej przemiany i innych filozoficznych porywów - zawiedzie się. Nasz bohater jest zwykłym. umierającym człowiekiem. Nie wie, co będzie dalej, choć boi się, że może nie będzie już nic... Że może żaden "koniec" nie istnieje. Wyzywa śmierć, oddaje się jej powoli, nie oszczędzając sobie ani jednej chwili tortury. Ale mimo to, jest tylko zwykłym, wystraszonym człowiekiem. "Mylą się więc ci, którzy mówią, że (...) to film, który dotyka absolutu", przeczytałam w recenzji Jakuba Sochy,To prawda, jednak to może dlatego, że zwykli ludzie rzadko "dotykają absolutu"...



    Zaskoczyło mnie też przywiązanie tego człowieka do ziemskich rytuałów, jak na przykład higiena i skomplikowany system (jak na chatkę z folli i patyków) toalety, odprowadzającej  na zewnątrz nieczystości. Mężczyzna umierając zanotuje: "Umyłem zęby". "Wyszedłem na zewnątrz, żeby się wykąpać w deszczu". I znowu ten kontrast, splot dwóch porządków, jednoczesne dbanie o ciało i powolne go zabijanie, wtrząsnął mną najbardziej.

    Dlaczego nie skrócić tego wszystkiego, chciałoby się zapytać bohatera, obserwując w jak wielkich męczarniach mijają jego ostatnie dni. I jedyna odpowiedź, jaką można sobie samemu spróbować udzielić, to konieczność nadania swojemu życiu sensu. W tak paradoksalny sposób. Tak, jak anorektyczki przestają jeść, by poczuć wreszcie kontrolę i swoją siłę, tak i on udowadania sobie swoją wartość, odchodząc w ten dziwny sposób. "Czuję się dumny, bo wiem, że nikt nigdy nie będzie próbował mnie naśladować" powie, a nam przejdą zimne dreszcze po plecach. Więc może po to to wszystko. Po to ten dziennik, żeby nie przeminąć jak krzyk w nocnym lesie, żeby zostawić po sobie ślad.

     Innym zarzutem wobec tego filmu, na jaki się natknęłam, było to, że tak naprawdę powstał on na bazie książki, która luźno inspirowała się podobnymi przypadkami, że trudno odróżnić, co tu jest artystyczną kreacją, a co faktem... Czy czujecie się oszukani wiedząc to, już po przeżyciu tego filmu? Ja nie. Zresztą, jak powiadał Mark Twain, prawda bywa dziwniejsza niż fikcja, bo musi fikcja musi być prawdopodobna, a prawda nie.


Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2009-12-03 21:16:47 skomentuj



Z ogromną przyjemnością...

...chciałam podzielić się z Wami wiadomością, która w mojej skrzynce mejlowej wywołała szał i furorę, dominując wszelkie inne newsy. Mój ostatni tekst o Milczeniu Bergmana został wyróżniony w konkursie zorganizowanym przez jeden z internetowych magazynów i krakowskie kino, które wcześniej uraczyło nas retrospektywą dzieł tego reżysera.

Wyróżnienie jest to dla mnie szczególnie drogie, nie tylko dlatego, że jest to pierwszy w życiu konkurs, w jakim brałam udział. ;) Po prostu, zdaję sobie sprawę, że ten tekst nie przypomina recenzji filmowych. Został pierwotnie napisany dla mnie i dla Was, i to właśnie Czytelnicy tego bloga mieli być jedynym jego odbiorcą. Stał się w ten sposób istotą samoistną i nie pozwolił na dokonanie na sobie żadnych przeróbek, został więc wysłany na konkurs takim, jakim był. Dziękuję zatem Wam wszystkim, którzy tu wpadacie poczytać i czasem nawet skomentować. Gdyby ten blog nie miał czytelników, nie chciałoby mi się stukać w klawiaturę i nie wygrałabym nigdy tej wspaniałej książki ;)

Nie jestem (niestety) filmoznawcą, ani krytykiem filmowym. Moja miłość do kina jest naiwna, bo niepodbudowana wiedzą, wspierana jedynie przez intuicję i parę lat spędzonych w ciemnych salach przed dużym ekranem.

Ale akurat dzisiaj poczułam, że może jednak odrobinę odwzajemniona...



Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2009-12-01 19:39:29 skomentuj



Ogrody (już nie) rudej jesieni
Krakowskie dni mijają w szalonym tempie, wypchane po brzegi, moja zachłanność na każdą minutę, szybko wszystko robię i szybko chodzę, zapragnęłam nauczyć się nowego języka więc jestem na trzech poziomach na raz, prawie każdego wieczoru przesiaduję w kinie, w głowie bezustanny słowotok, mnóstwo zaczętych notek i tekstów, a nic nie skończone, podobnie książki, spać chodzę bardzo późno, bo słowo zmęczenie wypadło ze słownika, za to wstaję rano rześka i gotowa do biegu, tramwaje mnie męczą, bo są wolne, wolę piechotą, z pracy wychodzę w trakcie dnia, by móc chodzić (i czasem czuję się jak komisarz Adamsberg z kryminałów Fred Vargas), poruszam się szybko, w biegu wyliczając trajektorię marszu, by omijać marudzących przechodniów, gdy w nocy zacznę tańczyć, wracam rano o świcie, a świt w listopadzie wiadomo, koncerty w barach i koncerty domowe, poznaję nowych ludzi, rzucam czary kontrolowane, trzymam dystans i rzucam się we szystko zarazem...

Powoli odzierany ze snu umysł, zaczyna świat widzieć trochę inaczej. Stojąc na przystanku pod Bagatelą, nagle podnoszę głowę w górę, na drzewo przylatuje wielka szara sowa, siedzi i patrzy. Rozglądam się wokoło, ale nikt nie patrzy w górę, nikt nie widzi sowy. W twarzach napotykanych ludzi, mój mózg rysuje postaci z przeszłości, które już nie mają prawa tu być, a jednak ta wyimaginowana obecność dostarcza otuchy. I tylko staram się pić bardzo mało alkoholu, a dużo melisy, łudząc się, że ta namiastka higieny jakoś mnie ochroni. Jednak wiem, że muszę korzystać, łapać każdą chwilę i każdy taki dzień, bo może już za miesiąc lub za dwa, przyjdzie długi czas apatycznego letargu, zimowo-wiosennej hibernacji i zagrzebania się w myślach. Póki co, korzystam z jesieni.


Duchamps
Marcel Duchamps, Akt schodzący po schodach



rozcinam-pomarancze...2009-11-30 23:28:25 skomentuj



Paris photo (i Kraków foto)
Kto z nas nie lubi robić zdjęć? Ja przepadam. Pisanie jest dla mnie sposobem na zatrzymywanie chwil, kruchych i ulotnych, ale na tyle ważnych, że nie chcę ich zgubić. Innym sposobem na to jest aparat fotograficzny.

W Caroussel du Louvre, gdzie odbywały się targi fotografii Paris Photo 2009, czułam się trochę przytłoczna pod naporem zdjęć. Wyglądały z każdego kąta, osaczając nas, ułożone według stanowisk autorów, ale bez żadnego logicznego porządku. Tematem przewodnim była fotografia arabska i irańska, ale to nie pomagało odnaleźć się w tej obfitości i fotograficznym chaosie. Zaczęliśmy więc z D. zadawać sobie pytanie, czego właściwie szukamy w zdjęciach.

D. szuka interesujących historii, które kryją się za kadrami...

Abbas
Abbas



Karijn Kakebeeke, Khadija’s Dream

Ja szukam głównie emocji. Gdy oglądam fotografowanych ludzi, nie pytam się kim byli, raczej zaglądam im w oczy i zastanawiam się, o czym mogli myśleć, co mogliby powiedzieć.

Ali Chraibi
Ali Chraibi

William Hammerschmidt
William Hammerschmidt

W fotografii miast lub natury, nie interesują mnie idealne kolory (zbyt łatwo da się je zrobić w fotoszopie...) ale właśnie wrażenie, ta uchwycona chwila i to, co mógł poczuć autor zdjęcia, kiedy zatrzymywał w małym okienku kawałek świata.

Massimo Vitali
Massimo Vitali

A czasami tylko chcę sycić oczy i już nie zadaję żadnych pytań, tylko patrzę
...

Lalla Essaydi
Lalla Essaydi

...z szeroko otwartymi oczami:


Yalal Sepher
Yalal Sepher

(Po powrocie do Krakowa z ciekawością odkryłam, że miasto jest już wyciszone przed zimą. Zniknęły kolory,  temperatury bardziej stonowane, listopadowe słońce nie szaleje tak, jak to nad Paryżem. Gdy nie ma liści, wieczorne przechadzki stają się jeszcze bardziej intrygujące. Nagie drzewa odkrywają, to co wcześniej było zasłonięte, fasady budynków, fragment murów obronnych... Wchodząc na Planty od strony kościoła świętego Ducha, patrząc na Teatr Słowackiego i bryłę kościoła, poczułam
ten charakterystyczny rodzaj wzruszenia. Ogołocone drzewa zamykały obraz z drugiej strony, a nad tym wszystkim niesamowity księżyc. Pomyślałam, że to byłoby marnotrawstwo, nie zachować tego widoku. Przełknęłam ślinę, szybko obliczyłam czas naświetlania i otwarcie przesłony, znalazłam ławeczkę, która nadawała się jako improwizowany statyw. Jeszcze pomyślałam, że zaraz będę się złościć, że jak zwykle efekt nie będzie przypominał tego, co widzę i czuję... I już miałam naciskać guzik, kiedy uświadomiłam sobie, że przecież nie mam przy sobie aparatu. I zamiast "pstryk" rozbrzmiał mój śmiech.)

A teraz, pytanie do Was. To zdjęcie znalazłam najpierw na jednym z francuskich blogów opisujących wystawę, dlatego zwróciłam uwagę, gdy zobaczyłam je na żywo, powiększone, otoczone wianuszkiem widzów. Jak Wam się podoba? Sztuka to, czy kicz?



Nick Brandt, Lion Before Storm


Tagi: foto, paryż, kraków, wystawa


rozcinam-pomarancze...2009-11-25 22:45:31 skomentuj



Milczenie

Milczenie"Milczenie" Bergmana jest jak sen, ciężki i lepki, gęsty od symboli. Po którym ciężko się otrząsnąć cały dzień.

Świat, do którego trafiają Anna, Ester i Johan, wygląda tak, jak tylko podpowiedzieć może śpiący umysł. Jest więc podróż pociągiem, przystanek w dziwnym mieście, gdzie po ulicach jeżdżą czołgi, w hotelu mieszka grupa hiszpańskich karłów, w teatrze ludzie uprawiają seks. Po korytarzu stary kelner goni małego chłopca, potem zabawia go zdjęciami zmarłych ludzi. W tym świecie mówi się w dziwny, nieznanym języku, nawet Ester, która jest tłumaczką, nie potrafi się porozumieć za pomocą słów. Zresztą tych ostatnich jest tu mało, są za to długie obrazy, jak to u Svena Nykvista, kontemplujące wymowne twarze bohaterów. Świat ten jest duszny, korytarze hotelowe są jak labirynt, uliczki pełne nerwowych ludzi. Świat ten jest w stanie wojny. Duchota i upał, od którego na ciele Anny co chwila pojawiają się kropelki potu.

A Anna ma piękne ciało. Jej sukienki zmysłowo odkrywają plecy i podkreślają wąską talię. Włosy delikatnie muskają szyję. Jej piersi są ciężkie i okrągłe. Nawet spojrzenia jej siostry i pieszczoty małego synka niosą jakiś niepokojąco erotyczny ciężar.

Ciało Ester, siostry Anny, jest chore. Po ataku kaszlu na jej chusteczce zostają ślady krwi, mimo to, Ester pali jednego papierosa za drugim, alkohol pije od rana. Ester jednak nie leży w łóżku, Ester pracuje. Ubrana w męskie piżamy, jej włosy najczęściej spięte w surowy kok. Ciało ją brzydzi, brzydzą ją jego wydzieliny, to  "inferno w nas interny". Akt seksualny jest dla niej czynnością wykonywaną w pojedynkę. "Po zapłodnieniu śmierdziałam jak zgniła ryba", powie. Teraz jej ciało jest wyniszczane chorobą, taką, która przykuwa ją do łóżka, nie pozwala kontynuować podróży, skazuje na samotność i milczenie w hotelowym pokoju.

Po ulicach groźnie suną czołgi, wojenna jest też relacja między siostrami. Zdawało by się, że Anna nienawidzi Ester. Zafascynowa nią siostra, ciągle Annę szpieguje, moment, gdy Anna wychodzi i wyrywa się spod jej kontroli, odbiera jako upokorzenie. Ale Anna jest już wolna. Kiedyś się jej bała, wyznaje, teraz bezpruderyjnie, wręcz na jej oczach, oddaje się przyjemnościom cielesnym z napotkanym mężczyzną, udowadniając Ester, że ta nie ma już nad nią żadnej władzy.

Konflikt między siostrami zdaje się być jak odwieczna sprzeczność - rozdarcie między ciałem i umysłem. Ciało jest fascynujące, ale bezwstydne i rozwiązłe, umysł chce kontrolować, wstydzi się i potępia. Jedno ogranicza drugie, nie ma zrozumienia. Ale umysł bez ciała jest niczym, umysł i ciało to jedna i ta sama osoba. Tak jak Ester cierpi bez swojej siostry, tak i Anna płacze w trakcie ostatniego aktu kopulacji, po tym, jak rani swoją siostrę. Bo w tym świecie-śnie obie siostry nie potrafią się porozumieć, mimo że mówią tym samym językiem. Ester - pani od słów - nie umie nic przekazać swojej siostrze, a słowa Anny ranią. W tym świecie lepiej porozumiewać się językiem gestów i ciała, jak Anna i jej kochanek, lub gestów i muzyki, jak Ester i stary lokaj.

Soeurs

Ale te dwie kobiece postaci nie są tylko duetem. Łączy je Johan, mały chłopczyk (niczym Id tworzące triadę wraz z Ego i Superego). Johan ma blond włoski, Johan samotnie biega po hotelowych korytarzach. Anna, jego matka, nie bardzo się nim interesuje, zbyt zajęta sobą lub swoim kochankiem. Opuszcza go też Ester, która wkrótce umrze, a chłopiec zdaje sobie z tego sprawę. Zresztą Ester, najprawdopodobniej, porzuciła go już dawno temu... Nawet karły, po wspólnej zabawie, przeganiają chłopca. Johan (czy to alter ego Bergmana?), Johan jawi się nam jako samotne dziecko, które boi się śmierci. W tej dusznej, erotycznej atmosferze, powoli przestaje być małym chłopcem. Instynktownie niemal wyczuwamy, że  Johan traci niewinność, może  w trakcie sceny kąpieli matki, może gdy przygląda się jej będącej w ramionach kochanka (czy dlatego tak bardzo potem przykuwa jego uwagę Porwanie Dejaniry Rubensa?)... 

Rubens


Może więc Ester, Anna i Johan to tak naprawdę jedna i ta sama osoba. Może to portret człowieka, który nie potrafi porozumieć się z groźnym i niezrozumiałym światem na zewnątrz, ale też... ze sobą samym. Niepogodzony ze swoją cielesnością i pragnieniami, bezskutecznie poszukujący miłości, którego wewnętrzne dziecko jest samotne i przestraszone.

Trzeba dodać, że Milczenie jest częścią trylogii, trylogii, która mówi o Bogu. Ale jak pisać, o kimś kto nie istnieje? Bo Boga w tym świecie nie ma, Bóg milczy. Nawet gdy Ester wzywa go i prosi, by pozwolił jej umrzeć w domu, u końcu podróży, Bóg jej nie odpowiada. Dlatego tak mało w "Milczeniu" słów i tak mało one znaczą. Dlatego żadna z trzech postaci, z których każda na swój sposób szuka miłości i bliskości, nie znajdzie jej. Świat bez Boga jest jak surrealistyczny sen, pozbawiony sensu, spójności. Osobne elementy nie chcą składać się w jedną całość, człowiek jest samotny i rozdarty, jego intelekt jest słaby i lęka się śmierci, ciało buntuje się i wyrywa spod kontroli, a jego wewnętrzne potrzeby, nie mogą być spełnione.

Film Bergmana jest też filmem o umieraniu. Umieraniu w samotności, z dala od domu, z dala od Boga. Bo umieranie to jest coś, wobec czego jesteśmy zupełnie sami. Milczenie. Bo, po raz ostatni cytując Ester, "Nie ma po co rozwodzić się nad samotnością. To strata czasu".
.


Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2009-11-23 22:22:22 skomentuj



Kropka
Ranek wstał zalany słońcem i wszystko było takie na swoim miejscu. Pachniało kawą, D. pobiegł po chleb, ja robiłam śniadanie. Poranne, drobne gesty, uśmiechy, muśnięcia, poprawienie krawata, zamknięcie drzwi. I tylko przez chwilę, poczułam małe ukłucie niepokoju, bo czy może być tak dobrze, bez żadnego cienia? Odpędziłam od siebie złe myśli, przeciągając się i siadając do pracy.

Wiadmość tekstowa nagle przerwała mój stukot klawiatury. Z uśmiechem pomyślałam, czego D. mógł tym razem zapomnieć. Nie. Sms z Polski. Dwa słowa. Dwa krótkie słowa. Dwa krótkie, tnące słowa. Podmiot i orzeczenie (i nie bardzo rozumiejąc od razu ich treść, poczułam raczej, niż pomyślałam, że jest coś brzydkiego w polskich słowach, a zwłaszcza w tym, nagromadzenie spółgłosek m, r, ł i tylko dwie samogłoski). I brak kropki. Jak gdyby samo słowo było wystarczająco definitywne i kończące, jakby to nie był moment, żeby myśleć o kropce...

Mieszkanie zrobiło się takie jakieś małe i ciasne więc wsunęłam szybko buty, narzuciłam płaszcz i wyszłam tak jak stałam. Wyszłam na ulicę, szukając powietrza (w brzuchu zrobiła się dziwna boląca kulka, promieniująca aż do gardła). Poranny Paryż pełen był krzątających się osób, panów czyszczących chodniki, ludzi spieszących się do pracy. I poczułam, chyba pierwszy raz w życiu, że to miasto stało mi się nieznośne. Eleganckie, przytłaczające budynki, za szerokie hausmannowskie arterie, a każda zakończona monumentalną budowlą - filarami absurdalnie wielkiej Madeleine, ciężkimi kopułami kościoła Saint Augustin, czy przesadną ozdobnością Opery. A wszystko dyskretnie zdobione złotem, śliczne do wyrzygania, eleganckie witryny z absurdalnymi cenami, na ulicach strojnisie na zawrotnych obcasach, wiotcy, wyperfumowani panowie. A na dodatek to nieadekwatne, jaskrawe słońce! I jedynym miejscem, w którym chciałam być, było moje brzydkie, śląskie, rodzinne miasto, upstrzone szarymi wieżowcami z wielkiej płyty. Przenieść się do jednego z tych wieżowców i być tam teraz, w tym momencie...

I szłam, szłam prosto przed siebie i tylko ten rytmiczny krok dawał mi jakieś ukojenie (kulka w brzuchu zmieniła się w przerażającą pustkę, dziurę, podchodzącą aż do płuc, blokującą oddech, szepczącą "paczka fajek, kieliszek wódki"). Przyspieszyłam kroku, myśląc o tym, ile trzeba będzie jeszcze chodzić, jak długo, żeby to wychodzić, przejść całe miasto, żeby to przeszło? Wewnętrzny, natrętny monolog zagłuszał wszystko, miasto wciąż wydawało się śmieszne i żałosne, nonesensowny Diabelski Młyn na placu Zgody, poprzycinane jak od linijki drzewa w Ogrodach Tuileryjskich. Wszystko, co czułam, zlało się razem w jedno, we wściekłość, wściekłość bez obiektu i bez adresata. Idąc, szurałam nogami w kopach liści, brudząc przy tym i niszcząc sobie buty, niedorzeczne, szare, zamszowe kozaczki. Jakaś para amerykańskich turystów popatrzyła na mnie z ciekawością, jakbym była dla nich nieodłącznym elementem otoczenia, a ja miałam tylko nadzieję, że nie ma we mnie absolutnie nic estetycznego. Że w tym momencie i ja sama jestem jak te brzydkie, śląskie blokowiska.

Trochę ulgi przyniosła Sekwana, monotonna, spokojna i pusta o tej porze. Rozpięłam płaszcz pozwalając, by wiatr przewiał mnie na wskroś. Szłam i szłam, patrząc po raz pierwszy nie w górę, lecz pod nogi. Regularność i surowość szarych brukowych kostek, z rzadka przetykanych jesiennymi liścmi, dawała jakąś namiastkę spokoju. Po dwóch godzinach marszu odezwał się ból, nie zmęczenie, ale fizyczny ból, powoli zaczęły pojawiać się obrazy. Smutne obrazy, ale też dobre wspomnienia. Dopiero daleko za wieżowcami ze szkła w dzielnicy Bercy, wyczerpana, mogłam wreszcie opaść na betonową ławkę i zapatrzyć się w szumiącą łagodnie rzekę. Wreszcie zaczął ogarniać mnie zwykły, ludzki smutek.

Bo każde zdanie i każda historia jednak musi kończyć się kropką.


Tagi: paryż


rozcinam-pomarancze...2009-11-18 16:52:43 skomentuj



skomentuj
statystyka