"...odkryć jeden drugiemu duszę, a dlaczego mielibyśmy wstydzić się swoich dusz, co mamy przed sobą odkrywać jeśli nie nasze dusze..."


Andrij Bondar



Wasze ślady





Tagi







dawno, czasami nieprawda
2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
luty
2008
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
luty
styczeń
2007
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień



inspiracje
poza schematy
bric-à-brac

fotograficznie
paris perdu
paris en photo
światowid
Kraków
jaskółka w fotografii

książkowo
poczytalnia
krepinska
lekturki

parysko
widok z paryskiego okna
pod dachami miasteczka P.
gorący paryż

emigrancko
logosviator
tygiel
Polka chez les Ch'ti
chihiro o świecie
Pyza
galapagos
mafrance

osobiście
chiara
fragile
jaskółka
termos
zimno
c-k
agrafia
pozbierany
arancia
Kobieta
zbieg (obudzenie)
Brytyjka makatka
cappuccino
wieczorna
soleil





BLOG




pomarańcz(ow)e Czary


Kropka
Ranek wstał zalany słońcem i wszystko było takie na swoim miejscu. Pachniało kawą, D. pobiegł po chleb, ja robiłam śniadanie. Poranne, drobne gesty, uśmiechy, muśnięcia, poprawienie krawata, zamknięcie drzwi. I tylko przez chwilę, poczułam małe ukłucie niepokoju, bo czy może być tak dobrze, bez żadnego cienia? Odpędziłam od siebie złe myśli, przeciągając się i siadając do pracy.

Wiadmość tekstowa nagle przerwała mój stukot klawiatury. Z uśmiechem pomyślałam, czego D. mógł tym razem zapomnieć. Nie. Sms z Polski. Dwa słowa. Dwa krótkie słowa. Dwa krótkie, tnące słowa. Podmiot i orzeczenie (i nie bardzo rozumiejąc od razu ich treść, poczułam raczej, niż pomyślałam, że jest coś brzydkiego w polskich słowach, a zwłaszcza w tym, nagromadzenie spółgłosek m, r, ł i tylko dwie samogłoski). I brak kropki. Jak gdyby samo słowo było wystarczająco definitywne i kończące, jakby to nie był moment, żeby myśleć o kropce...

Mieszkanie zrobiło się takie jakieś małe i ciasne więc wsunęłam szybko buty, narzuciłam płaszcz i wyszłam tak jak stałam. Wyszłam na ulicę, szukając powietrza (w brzuchu zrobiła się dziwna boląca kulka, promieniująca aż do gardła). Poranny Paryż pełen był krzątających się osób, panów czyszczących chodniki, ludzi spieszących się do pracy. I poczułam, chyba pierwszy raz w życiu, że to miasto stało mi się nieznośne. Eleganckie, przytłaczające budynki, za szerokie hausmannowskie arterie, a każda zakończona monumentalną budowlą - filarami absurdalnie wielkiej Madeleine, ciężkimi kopułami kościoła Saint Augustin, czy przesadną ozdobnością Opery. A wszystko dyskretnie zdobione złotem, śliczne do wyrzygania, eleganckie witryny z absurdalnymi cenami, na ulicach strojnisie na zawrotnych obcasach, wiotcy, wyperfumowani panowie. A na dodatek to nieadekwatne, jaskrawe słońce! I jedynym miejscem, w którym chciałam być, było moje brzydkie, śląskie, rodzinne miasto, upstrzone szarymi wieżowcami z wielkiej płyty. Przenieść się do jednego z tych wieżowców i być tam teraz, w tym momencie...

I szłam, szłam prosto przed siebie i tylko ten rytmiczny krok dawał mi jakieś ukojenie (kulka w brzuchu zmieniła się w przerażającą pustkę, dziurę, podchodzącą aż do płuc, blokującą oddech, szepczącą "paczka fajek, kieliszek wódki"). Przyspieszyłam kroku, myśląc o tym, ile trzeba będzie jeszcze chodzić, jak długo, żeby to wychodzić, przejść całe miasto, żeby to przeszło? Wewnętrzny, natrętny monolog zagłuszał wszystko, miasto wciąż wydawało się śmieszne i żałosne, nonesensowny Diabelski Młyn na placu Zgody, poprzycinane jak od linijki drzewa w Ogrodach Tuileryjskich. Wszystko, co czułam, zlało się razem w jedno, we wściekłość, wściekłość bez obiektu i bez adresata. Idąc, szurałam nogami w kopach liści, brudząc przy tym i niszcząc sobie buty, niedorzeczne, szare, zamszowe kozaczki. Jakaś para amerykańskich turystów popatrzyła na mnie z ciekawością, jakbym była dla nich nieodłącznym elementem otoczenia, a ja miałam tylko nadzieję, że nie ma we mnie absolutnie nic estetycznego. Że w tym momencie i ja sama jestem jak te brzydkie, śląskie blokowiska.

Trochę ulgi przyniosła Sekwana, monotonna, spokojna i pusta o tej porze. Rozpięłam płaszcz pozwalając, by wiatr przewiał mnie na wskroś. Szłam i szłam, patrząc po raz pierwszy nie w górę, lecz pod nogi. Regularność i surowość szarych brukowych kostek, z rzadka przetykanych jesiennymi liścmi, dawała jakąś namiastkę spokoju. Po dwóch godzinach marszu odezwał się ból, nie zmęczenie, ale fizyczny ból, powoli zaczęły pojawiać się obrazy. Smutne obrazy, ale też dobre wspomnienia. Dopiero daleko za wieżowcami ze szkła w dzielnicy Bercy, wyczerpana, mogłam wreszcie opaść na betonową ławkę i zapatrzyć się w szumiącą łagodnie rzekę. Wreszcie zaczął ogarniać mnie zwykły, ludzki smutek.

Bo każde zdanie i każda historia jednak musi kończyć się kropką.

Tagi: paryż


rozcinam-pomarancze...2009-11-18 16:52:43 skomentuj



Away we go (Para na życie)



Zobaczyłam plakat tego filmu w Cinéma des cinéastes. Niebo było szare i ciężkie, o krok od zawalenia mi się na głowę, boulevard de Batignolles pusty i ponury. Szybko więc wsunęłam się do pustej sali kinowej i dałam się zabrać Samowi Mendesowi w podróż po USA.

W podróż wyruszamy z parą trzydziestolatków, Burtem i Veroną, którzy zupełnie nieoczekiwanie powołali na świat potomka. Niespodziewanie również rodzice Burta, na których pomoc w wychowaniu dziecka zarówno Burt, jak i Verona bardzo liczą, beztrosko oświadczają, że opuszczają nudne i brzydkie miejsce gdzie do tej pory żyli żeby zrealizować swoje mieszkanie i zamieszkać w Europie, w Antwerpii. Nasza para bohaterów zostaje nagle pozbawiona korzeni, czegokolwiek, co mogłoby ich gdzieś zatrzymać. Tak więc, już prawie we troje, wyruszają w drogę, by szukać dla siebie miejsca (oboje mają tak zwane wolne zawody), ale równocześnie jakiegoś wzoru, wzoru jak stworzyć dom. W drodze zatrzymują się w różnych miejscach Ameryki (Pheonix, Tucson, Madison, Montreal i Miami), przyglądają się znajomym rodzinom i ich sposobom na wywiązanie się z tego trudnego zadania.



Przyznam, że oglądałam ten film z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony galeria groteskowych postaci wywoływała mój szczery rechocik, z drugiej strony, ludzie, których Burt i Verona spotykają, są przedstawieni w sposób wręcz karykaturalny, nie zostawiając nam wyboru - ich po prostu nie da się polubić. Tak jak stukniętej koleżanki Verony z byłej pracy, Lilly, z ponurym mężem i dziećmi o tępym wyrazie twarzy. Tak jak szalonej LN, wielbicielki alternatywnych teorii wychowania, dla której zwykły dziecięcy wózek jest wrogiem numer jeden. Nawet chwalebny przykład Toma i Munch z Montrealu, rodziców licznej, lecz adoptowanej gromadki, którzy głośno mówią o podlewaniu wszystkiego sosem miłości i cierpliwości, budził we mnie jakiś dysonans. Munch odtańcowująca przy rurze swój smutek, wywołany kolejnym poronieniem, jakoś nie skłoniła mnie do empatii (adopcja jako smutny ersatz?).

Za to główna dwójka bohaterów może wzbudzać sympatię, zwłaszcza na tle innych, przerysowanych postaci. Ich miłość jest pełna spokoju, wyrozumiałości i przymrużenia oka. Pełna flegmy, że tak to ujmę. I to też po pewnym czasie zaczęło powodować moją lekką irytacją. Burt ma trzydzieści lat, ale patrząc na niego, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Verona będzie musiała się opiekować nie jednym, ale dwójką dzieci. Przed podróżą żyją oboje w w źle ogrzewanej ruderze, stłuczoną szybę beztrosko zastępują kawałkiem kartonu. Praca Burta (jest on agentem ubezpieczeniowym) w filmie polega na prowadzeniu dziwnych rozmów telefonicznych, a jego pasją są kobiece biusty, czemu niedyskretnie nieraz daje wyraz.



Natomiast wątkiem, który najbardziej mnie ujął, jest podróż jako oczyszczenie. Myślę o Veronie, która około dziesięciu lat temu straciła rodziców, a strata ta zostawiła w niej głęboki ślad. Verona jest w ogóle tutaj postacią bardziej refleksyjną niż Burt, odczuwa świat bardzo mocno. Śmierć rodziców pozbawiła ją w bolesny sposób domu, Verona szuka więc go trochę po omacku, by w końcu pogodzić się ze wspomnieniami, odnaleźć spokój i swoje miejsce na ziemi.

Jeśli ktoś z Was pamięta Revolutionary Road (Drogę do szczęścia) z DiCaprio i Kate Winslet, to od razu zdaje sobie sprawy, że Burt i Verona nie mają w sobie nic z Franka i April Wheelerów. Ani ich posągowej urody, ani ślicznego domku na przedmieściach, ani tragizmu niespełnionych pragnień. Mają za to dużo więcej humoru. Jedynym wspólnym punktem tych dwóch par jest poszukiwanie - miejsca dla siebie i sensu. Historia Burta i Verony, w przeciwieństwie do historii Wheelerów, skończy się  happy endem i... pięknym widokiem na morze.



Zawód sprawić może też portret Stanów Zjednoczonych, który miałam ochotę zobaczyć w tej podróży. Niestety, wszystkie miejsca przedstawione są dość schematycznie, a ich mieszkańcy, gdyby sądzić Amerykanów na podstawie naszych bohaterów, są jedynie mniej lub bardziej nieszkodliwymi wariatami, niedojrzałymi lub egoistycznymi jednostkami. Mimo wszystko, w niektórych momentach głośno się śmiałam, a po wyjściu na zewnątrz było już mniej szaro. I może o tylko o to chodziło.

Away we go (Para na życie) Sam Mendes, 2009

(A jeśli ktoś z Was widział ten film (i może ma inne wrażenia?), lub chciałby po prostu podzielić się swoją opinią na temat Mendesa, zapraszam serdecznie, jestem bardzo ciekawa Waszych komentarzy.)


Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2009-11-18 08:08:08 skomentuj



Appel du large
Paryż przez cały tydzień rozpieszczał nas pogodą i tym wspaniałym słońcem. Na niebie ciągły spektakl przeganianych chmur, szalik powędrował w kąt, rozpięty płaszcz i ciepły wiatr.

-Ja: D... Czujesz ten wiatr od morza? Ja czuję wyraźnie, że to wieje znad morza. D., jedźmy w niedzielę nad morze, d'accord?

-D.: E... nad morze...

-Ja: Tak, wdychać jod! Jedźmy do Bretanii!

-D.: Na jeden dzień?! T'es folle, petite! Jedźmy lepiej do Reims. Albo do Chartres.
(D. świetnie zna geografie i dobrze wie, że te miasta nie leżą nad morzem, salaud...)

-Ja: No dobrze, no to do Normandii! Wyobraź to sobie, spacery po pustej plaży, szum fal, wiatr we włosach, sól na ustach, słońce...

-D. ...albo deszcz, jak to w Normandi...

-Ja: ...na obiad mule!

-D. Które i tak jemy w domu, co sobotę...

-Ja: Albo świeże ostrygi, jedzone na plaży! A zaraz, czy camembert nie jest z Normandii? A ten ser pont-l'évêque, czy nie robi się go zaraz koło Deauville?

I tak w niedziele o świcie popędziliśmy na dworzec Saint-Lazare i wsiedliśmy do pociągu. Bo przez żołądek do serca, jak mówi stare przysłowie, a jeśli chce się żyć z Francuzem, trzeba dzielić jego miłość do jedzenia w ogóle, a serów w szczególe...

A pogoda była wymarzona, po raz pierwszy w Normandii, nie spadła na nas ani kropla deszczu.









Tagi: foto, prowincja


rozcinam-pomarancze...2009-11-16 10:39:59 skomentuj



George Orwell, Na dnie w Paryżu i Londynie

Każdy, ktokolwiek miał okazję powłóczyć się po paryskich ulicach i uliczkach, na pewno zauważył specyficzną i niemałą kastę pomieszkującą w każdym kącie tego miasta. Kloszardów. Nieraz przechodząc chodnikiem, muszę dyskretnie ominąć rozłożne "domostwo", składające się często z bardzo porządnego materaca, a czasami nawet schludnie ułożonych obok drobiazgów. Najczęściej zainstalowane tam, gdzie miasto bucha swoim gorącym oddechem przez wentylacyjne otwory metra.

George Orwell przybywając do Paryża w 1928 roku, nie był kloszardem. Miał na oku pracę, wynajął stancję w hotelu des Trois Moineaux prowadzonym przez Madame F. Hotel ten mieścił się na lewym brzegu Paryża, przy ulicy Rue du Coq d'Or (ta ulica nie istnieje, podobno to rue du Pot de Fer w szóstej dzielnicy, Paryż zresztą w ogóle u Orwella jest tylko labiryntem anonimowych uliczek, miejską dżunglą i długimi podróżami metra). Niestety posady tej nie dostał, a ostatnie oszczędności zostały mu skradzione. W ten sposób Orwell znalazł się na granicy skrajnego ubóstwa. Chociaż wciąż miał dach nad głową, i nie musiał rozkładać się na ulicy, walka, by mieć włożyć coś do ust stała się jego codziennością.

Opisy biedy i głodu, walki o każdy grosz, zastawiania nawet starych łachmanów są tak sugestywne, że sami czujemy chłód i głód. Gdy wreszcie, po wielu dniach poszukiwań, udaje mu się dostać pracę, poznajemy z nim arkana zawodu... pomywacza, czyli "niewolnika współczesnego świata". W straszliwym brudzie, wśród odpadków i szczurów, biegamy z nim od kuchni do kelnerów, od kelnerów do garów i z powrotem. Poznajemy specyficzną hierarchię paryskich "dołów". Pracujemy po osiemnaście godzin na dobę. Gdy pisarz wreszcie decyduje się wrócić do Anglii, mając nadzieję na lepszy los... wraz z nim odkrywamy londyński światek bezdomnych, tułających się po najbardziej podłych "przytułkach" dla biedaków.

Wszystko to brzmi przygnębiająco i szaro, ale na tym smutnym tle, Orwell serwuje nam przegląd barwnych, pełnokrwistych postaci. Jak na przykład rosyjski emigrant Borys, razem z którym solidarnie przemierzają paryski bruk w poszukiwaniu pracy i chleba. Lub Paddy, irlandzki towarzysz londyńskiej niedoli. Wszystko to opisane jest plastycznym, soczystym językiem, ze szczególnym upodobaniem dla detali.

Orwell dzieli się też swoimi przemyśleniami, na temat biednych i bogatych, jak i na temat pracy jednych i drugich. Mimo iż, jak można się domyślić, są dość lewicujące, dają do myślenia.



Po przeczytaniu tej książki, z zapartym tchem przyznam, pozostaje mi tylko jedna nadzieja - że jakość i sposób przyrządzania jedzenia w paryskich restauracjach sto lat później, znacznie się poprawiła. Co nie zmienia faktu, że w ten weekend będziemy chyba stołować się w domu...



Tagi: książka


rozcinam-pomarancze...2009-11-13 15:53:22 skomentuj



tik-tak
Nie ma chyba rocznicy bardziej banalnej od własnych urodzin. Moje zawsze mi się gubiły gdzieś po wolnym i leniwym święcie niepodległości, w zamęcie pracowitego dnia roboczego. Żeby nie przeoczyć  kolejnej mknącej cezury,  takiego tyknięcia zegara, sama sobie dzisiaj życzę:

- zdrowia, szczęścia, pomyślności - to już wszystko mam, a chyba nie można chcieć za wiele...
- zdrowia, szczęścia, pomyślności - dla moich bliskich, chyba można życzyć sobie czegoś dla innych?
- cierpliwości i łagodności - teraz najbardziej mi tego brakuje, ale podobno charakter łagodnieje po trzydziestce więc zbliżam się powoli a nieubłaganie do osiągnięcia wymarzonego stanu słodyczy i wyrozumiałości...
- odwagi i wiary w siebie - tego nigdy nie za wiele...
- mniej wahnięć wahadła, uspokojenia trochę natrętnej sinusoidy nastrojów, stłamszenia tego narowistego charakteru.

A na koniec więcej inspiracji, odkryć, zachwytów. I takich Czytelników jak Wy, bo to dzięki Wam, Waszym wizytom, Waszym komentarzom bądź tylko cichym przemknięciom - to miejsce istnieje. Od siedmiu lat bezustannie, tylko dzięki Wam chciało mi się tu czasem odkurzyć, bądź wrócić i rozsiąść się na dłużej, jak teraz. Ca s'arrose więc Wasze zdrowie (otworzyłabym butelkę Bordeaux, tę najbardziej zakurzoną może, gdyby nie taka pora) !

A Wy, czego mi życzycie?

:)

Grand pas laid

Tagi: foto


rozcinam-pomarancze...2009-11-12 08:57:31 skomentuj



Język polski, cz. IV
Na kursie polskiego D. uczy się nie tylko języka, uczy się też życia. W najdziwniejszych przejawach... Podpatrzone w jego zeszycie (ortografia oryginalna):

Co robić, żeby nie chorować:

-bardzo dobrzy spać

-trzeba myć rący (często)

-nie wolno pić alkoholu

-trzeba pić pomorończowy sok

-nie wolno jechać autobusem

-nie wolno iść bez spodni.


Hm... Ubieram zatem spodnie i idę wspinać się do góry ulicą Lepic. A potem popatrzeć z góry na Miasto.


Paris de la Butte de Montmartre






Tagi: foto, paryż, prozą


rozcinam-pomarancze...2009-11-09 19:18:58 skomentuj



Z powrotem
Kraków, to miasto mgieł, znowu próbowało mnie uwięzić. Po raz kolejny białe mleko zasłaniało płytę lotniska zagrażając mojemu wylotowi.

"Udało się", powiedział pilot, dodając spontanicznie "youpie youpie!", gdy już po starcie siedzieliśmy ciasno upakowani w jego maszynie. Udało się, pomyślałam, gdy wreszcie wydostałam się z samolotowej puszki na lotnisku Charlesa de Gaulla. Jak zwykle w Paryżu, zapach croissantów mile połaskotał mnie w nozdrza. Okna lotniskowej hali wychodzą na betonowy las, betonową dżunglę. Podmiejski pociąg szybko przemknął przez przedmieścia. Nagle wyłoniły się bezowate kopuły Sacré Coeur. Jestem na miejscu.

"Udało się", wysapał D. wpadając na peron na Gare du Nord, "Tak się bałem, że się spóźnię". Paryż płonie? Nie, to tylko jesień. "Co ty masz w tej walizce?" jęknął wdrapując się krętymi drewnianymi schodami na trzecie piętro naszej kamienicy. ("Prawie tylko książki..." "Aha, a ile par butów?") W domu wyciągnął małe eleganckie pudełko, "To twój obiadek" dodał  z przepraszającym wzrokiem. W pudełku malinowa tarteletka. W mieszkaniu czternaście stopni, czyli prawie tyle co na zewnątrz. Ben, il fait toujours si froid quand t'es pas là, D. rzucił w biegu, pędząc z powrotem do pracy. 

I już z bagietką w przepastnej kieszeni rozchełstanego płaszcza przemierzam rue Douai, która prowadzi z domu do piekarni. Zaglądam przez szybę do baru na rue de Bruxelles, gdzie zawsze pijam kawę, uśmiecham się do patrona. Uśmiech mi zostaje na ustach, niechcący obdarzam nim kilku napotkanych przechodniów, jakiś mężczyzna woła mademoiselle !

"C'est pas possible"
, krzyczy staruszka, na którą wpadam na rogu ulicy... Ale wygraża niebu, nie mnie. Patrzę w górę, coraz więcej chmur. "Il n'y a plus de soleil, c'est pas possible!" w jej oczach migają żartobliwe iskierki, kiedy skarży się, że już nie ma słońca. Ja lecę dalej obgryzając ciemny koniuszek dobrze wypieczonej bagietki. Za chwilę zapach bulgotającego na kuchence żurku wypełni całe mieszkanie, wykradnie się nawet na schody. Temperatura w całym mieszkaniu powoli zacznie się wspinać. Żurek będzie czekał na powrót D. Ja wyciągnę się na żółtej kanapie, słuchając muzyki. Będę znowu w domu.

Batignolles

Tagi: foto, paryż


rozcinam-pomarancze...2009-11-06 20:43:09 skomentuj



C'est parti !
Październik minął w szalonym tempie. Jak bardzo często jesienią, moje wahadło mocno się wychyliło i weszłam w okres energetycznego przyspieszenia. Musiałam maniakalnie i kompulsywnie chłonąć i pochłaniać - książki, filmy, naukę. W Krakowie festiwal za festiwalem, ja zastygając przed ciemnym ekranem, wreszcie mogłam uzupełnić moją (mentalną) filmotekę Bergmana o niewidziane jeszcze filmy (impresje wkrótce). Koncerty, które były jak swoiste spa dla mojego umysłu i tańce w Singerze do rana. Mój google reader pęka w szwach, codziennie nowe blogi, abonamenty, nowe teksty. W kątach rośnie stos gazet i czasopism, sterty książek składuję na parapecie. Do tego myśli niespokojnie kłębią się w głowie, wpychają się w każdą niezajętą chwilę, różne myśli, nie zawsze dobre myśli.

Jesień, ta piękna i kolorowa, właściwie przeszła mi koło nosa, tak mało chwil na zachwyty, a może to ten chłód i deszcz i przygniatająca szarość nieba nie pozwoliły się porozglądać... Teraz czas spakować walizkę i zapewnić paprotce wodę na dłuższy czas. Z pękatej szafy pełnej szmat wybrać tylko to, co najważniejsze, albo jeszcze mniej. Zasunąć zasłony (tę w "rajskie ptaki" wziąć ze sobą...) i zamknąć drzwi na wszystkie zamki. Polecieć w górę. Bez tego, co niepotrzebne, przenieść się w to drugie życie. Z uczuciem lekkiej ekscytacji otworzyć nowy "odcinek paryski".

Jardin de Luxembourg

Tagi: foto, paryż, kraków, na walizkach


rozcinam-pomarancze...2009-11-04 22:19:13 skomentuj



Niziny, Herta Müler
Potrzebowałam odwagi, żeby czytać Hertę Müller. Najpierw chciałam wejść z impetem w jej świat, zaprzyjaźnić się z jego bohaterami. Ale nie tak trzeba było czytać Niziny. Musiałam podejść z dystansem i co chwilą strząsać z siebie nieprzyjemny dreszcz.

Bohaterowie Nizin są zimni, nakreśleni ostrą kreską. Świat ich jest pełen chłodu i okrucieństwa. Nie wielkich-złych czynów. Raczej banalnego, codziennego okrucieństwa. A może tylko braku miłości. Jest jednak coś pięknego w tej książce. To język. Język nadaje jej inny wymiar. Krótkie, urwane zdania w tytułowym opowiadaniu można smakować bez końca. Dzięki nim opowieść małej dziewczynki, jest jak kalejdoskop, pełen kolorowych okruchów, wrażeń, odczuć. Oglądanie świata jej sposobem jest czymś świeżym i odkrywczym.

Ta poszatkowana fotografia rumuńskiej wioski zdecydownie nie przedstawia sielanki. Raczej klimatem przypomina Malowanego Ptaka Kosińskiego (ale to bardzo luźne i dalekie skojarzenie, przyznaję). Fizjologia i przyroda, ciasnota umysłów mieszkańców, wszystko to razem tworzy duszną i przytłaczającą mieszankę. Mimo to, lektura Müller była czymś ważnym i wciągającym. Następna jej książka już czeka w kolejce.

Tagi: książka


rozcinam-pomarancze...2009-11-02 21:21:21 skomentuj



potyczki z językiem polskim
Czyli D. uczy się zaimków. W różnych przypadkach.

- D.: Celownik? Datif ? Tego nie znam, moja profesora powiedziała, że nie ma dużo datif w języku polskim, nie egzystuje.

- Ja: Oczywiście, że istnieje! Mówi się "mnie, tobie, jej, jemu, im"...

- D.: Haha! Ale zabawnie! Dans ce cas-là, tu m'étonnes que ça n'existe pas ! (W takim razie nie dziwi mnie, że on nie istnieje!)

- Ja: No mówię ci, że istnieje... Głuptasie!

- D.: Głuptamnie ? Głuptaciebie!

- Ja: ???

- D.: No dobra, głuptam!

Tagi: prozą


rozcinam-pomarancze...2009-11-01 20:02:37 skomentuj



Siła przywiązywania
Do przedmiotów przywiązuję się jak do ludzi. Każda strata wtrąca mnie w czarny dół. Czasem mnie to gniewa, taka małostkowość. A cierpię często, bo gubię rzeczy od zawsze, pewnie jeszcze od czasu okresu prenatalnego.  Najgorsze są podróże, aż dziwne, że wracam z parą rąk i nóg, wcale nie zdekompletowanymi... A najbardziej zaszalałam w Norwegii. Zaczęło się od szamponów, poprzez dwie ulubione koszulki (każdą w innym hotelu), a podczas ostatniej szalonej nocy w Oslo, zgubiłam broszkę po babci.

(D. widząc moją rozpacz napisał potem do tych hoteli, dokładnie opisał t-shirty, które miały bardzo specyficzne nadruki i szczerze mówiąc, były niepowtarzalne. Jedną koszulkę mi odesłano. Nie moją. Szarą i spraną. I jeszcze dołożono wyschnięty tusz do rzęs gratis. Nie mój, oczywiście).

Teraz znowu straciłam coś cennego. (Złodzieje z Poczty Polskiej, pójdziecie do piekła, jeśli takie nie istnieje, to dla Was specjalnie je stworzą, nie martwcie się. A Wy, dobrzy ludzie, wysyłajcie cenne rzeczy co najmniej poleconym.) No więc straciłam coś, co było nie tylko cenne finansowo, po prostu to było biżu od D... (A muszę dodać, że D. i biżuteria.. D. to nie jest facet, który daje biżuterię w prezencie. D. lubi prezenty pra-kty-czne. I nagle D. wyskakuje z czymś pięknym... Rozumiecie, prawda?).

Na otarci łez anegdotka z Dehnela, ta która mi zawsze przywraca uśmiech i dystans. Proszę sobie wyobrazić, główna bohaterka wyjeżdżając na studia, dostaje od mamy pierścionek, "piękny pierścionek starej amsterdamskiej roboty, z wielkim szafirem otoczonym diamencikami, żeby miała na wielkie wyjścia". Pierścionek, oczywiście, jak to rasowy biżu, znika.

Wreszcie poszłam na pocztę i zatelegrafowałam do Kielc: "Stało się straszne nieszczęście. Lala." Przychodzi odpowiedź od matki: "Co się stało? Ciąża czy choroba? Mama." Znów idę na pocztę "Zgubiłam pierścionek z szafirem. Lala." I kolejna odpowiedź: "I co głupia, w palec zmarzniesz"?

J. Dehnel, Lala

A Wy, też ciągle coś gubicie?


Tagi: cudzysłów, wojażowanie


rozcinam-pomarancze...2009-10-30 18:18:00 skomentuj



"Kocham Cię od tak dawna" (Il y longtemps que je t'aime)
Juliette wychodzi z więzienia. Jak wygląda kobieta, która wychodzi po piętnastu latach z więzienia? Ma zbyt obszerny płaszcz i niemodne czółenka. Ma rzęsy nawet niemuśnięte tuszem. Niewiele emocji na twarzy. Ale ma oczy, które mówią wszystko.

Kristin Scott Thomas. Nigdy nie zwróciłam specjalnej uwagi na tę aktorkę. A powinnam była. Swoją kreacją uwiarygodniła cały ten film, uniosła jego ciężar. Patrząc na jej twarz, można zobaczyć co znaczy więzienie. (A Philippe Claudel coś może wiedzieć o więzieniu, jak Michel, nauczał tam przez lata.)  Wyczytać pogodzenie z karą, ale i z czynem, który ją tam zaprowadził. Dostrzec przeraźliwe zimno, jakby nawet poza murami była uwięziona w lodowatej klatce. Z dala od kochających ją ludzi, których ma przecież teraz na wyciągnięcie ręki.

A potem patrzeć jak Juliette powoli topnieje. A wszystko zmienia się, jak wtedy, gdy szkiełko wypada z oka Kaja. Powoli się zbliża, do ludzi, do ciepła. W tym nieśpiesznym, jakby skupionym rytmie, Claudel odkrywa kolejne szczegóły z życia Juliette i jej siostry. Serwuje nam całą historię w nieśpiesznym tempie, nie szczędząc świetnych scen, jak scena na imprezie, bądź rozmowy z porucznikiem na komendzie... I jest też nawet polski akcent, "pappy Paul" czyli dziadek Paul, którego mama przybyła z Polski, który słucha Wieniawskiego z Programu II Polskiego Radia i czyta Tygodnik Powszechny!



Kristin Scott Thomas mnie urzekła, naprawdę słusznie zgarnęła te wszystkie nagrody. "Kocham cię od tak dawna" mniej (i bardzo mocno zastanawiam się jaki wpływ miała wilgoć, która wgryzła się we mnie po wcześniejszym godzinnym spacerze w deszczu...) W tej historii jest pewna nuta ckliwości, która dla mnie brzmi fałszywie. I odrobinę przewidywalności. Ale może to było zniecierpliwienie przemoczonymi bucikami, kto wie...




Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2009-10-28 22:45:19 skomentuj



Maria Awaria
Maria Peszek mnie zachwyca. Nie, backspace. Zachwycają mnie płyty Marii Peszek. Zwłaszcza "Maria Awaria". Te obrazoburcze teksty śpiewane jej subtelnym głosem. Bezwstydna afirmacja kobiecej cielesności i zmysłowości. Co ja mówię, dzikiej rozbuchanej seksualności. Oczarowała mnie tą płytą jakiś czas temu i oczarowana nią pozostaję.

Maria Awaria na swoim koncercie mnie nie zachwyca. Chyba, że zamykam mocno oczy, wtedy słyszę świeże i bardziej rockowe aranżacje, słyszę jej ciekawy głos. Muzyczna uczta. Ale przecież to koncert, otwieram zaciśnięte oczy. Maria Awaria wygina się na scenie. To, co już samo w sobie jest cudownie śmiałe i bezpruderyjne Maria opatruje gestami, nie dając już nikomu się mieć złudzeń, co ma na myśli, śpiewając np. "robótki ręczne". Maria Awaria swoje ciało afirmuje nie tylko w piosence - tańczy w majteczkach, w czerwonych szpilkach, sexy sukience gwiazdy z Hollywood.

Nie jestem zgorszona. Lubię prowakacje, buńczuczność, przewrotność i bezczelność. Dosłowność? Tę już mniej.

Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania, jeśli ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Tagi: muzyka


rozcinam-pomarancze...2009-10-26 22:55:40 skomentuj



Półbrat, Lars Saabye Christensen
Jeśli macie starszego brata, to może przypominacie sobie to uczucie z dzieciństwa. Pomieszanie lęku i podziwu. Fascynacji i strachu.

Myślę, że podobnie czuł Barnum. Mały chłopiec, który nawet jak dorastał, nie przestał być niskiego wzrostu. Trochę jak Oscar, z blaszanego bębenka. Ale Barnum nie przestał rosnąć z wyboru. Po prostu - takie geny, po niskim i otyłym ojcu. Ojciec nadał mu też to dziwne imię i to właśnie wzrost i imię były największym ciężarem chłopca, wyszydzanego i bezlitośnie maltretowanego przez rówieśników. Na szczęście był też przyrodni brat. Ten który zjawiał się wtedy, kiedy trzeba obronić. I ten sam, który potem odpychał, a wspólny pokój dzielił białą linią na pół. Ten, za którym Barnum tęsknił, a jednocześnie odczuwał ulgę, gdy go nie było.

Fascynującą postacią jest ojciec Barnuma, były cyrkowiec i komiwojażer. Jeśli naprawdę nim był. Bo nikt nie wiedział, czym tak naprawdę trudnił się tata Barnuma. Nikt też nie wiedział, kim był ojciec jego starszego brata. Ot, jedynie guzik po nim pozostał i Fred, owoc gwałtu na Verze, matce obu chłopców. Nieznany był też ojciec Very, ich babka Boletta, nigdy nikomu tego nie zdradziła.  Ale i jej ojciec nigdy nie był fizycznie obecny w jej życiu, po tym jak zaginął w Grenlandii.

Bo, jeśli w ogóle można tę powieść rzekę podsumować jednym krótkim zdaniem, Półbrat to opowieść o nieobecności. I o pustce, którą ta nieobecność rodzi. Ojciec, który mieszka w domu, znika gdzieś całym dniami. Brat też włóczy się dniami i nocami, nie wiadomo za bardzo gdzie, by w końcu zniknąć kompletnie. I może to ta właśnie pustka, nadaje poczucie połowiczności i niekompletności.

Jeśli lubicie sagi, powieści wielopiętrowe, gorąco polecam. Jest tutaj bowiem opowieść o dwóch braciach, ale jest też barwna historia o kobietach w czteropokoleniowej rodzinie. Jest opowiesć, o chłopcu, który uciekł z domu, by pracować w cyrku. Jest historia trudnego dzieciństwa i pięknej młodzieńczej przyjaźni. Jest też opis rodzącego się alkoholizmu, bardzo prawdziwy. Po prostu plejada barwnych postaci, smakowicie opisanych charakterów, mieszanka komizmu i tragizmu w dość wyważonych dawkach.

Wszystko to na tle Norwegii i Oslo, o których jednak, niestety, dowiadujemy się niewiele, jakby były one tylko holywoodzką makietą na tle wydarzeń. Jest też mnóstwo zagadek - jaki był właściwie ojciec Barnuma i co zrobił? Kim był ojciec Freda? Z tym pytaniami Christensen zostawia nas samych. I może dobrze.


Tagi: książka


rozcinam-pomarancze...2009-10-24 20:51:37 skomentuj



Piękny Kuzyn
Tak, słońce mnie wtedy oszukało, ale nie szkodzi. D. prawie zaraz stanął w drzwiach, i to z niespodzianką. Niespodzianką dość słusznych rozmiarów, czyli swoim własnym Kuzynem. Obaj ubrani w ciemne płaszcze, z szalikami na szyi zamotanymi w charakterystyczny sposób i z butelką wina w dłoni. Jak gdyby się wybierali na paryską kolację, a nie stawali w progu mojego biura o dziesiątej rano.

Mój Piękny Kuzyn (beau cousin) (bo tak go sobie przywłaszczyłam od razu, tak, dlaczego by sobie nie wybierać swojej rodziny) nazwijmy go na nasze potrzeby Fryderyk. Fryderyk to imię eleganckie i subtelne. I taki też jest nasz Kuzyn. Elegancki i starannie wykształcony. Takt, opiekuńczość i galanteria to jego cechy rozpoznawcze. Ale zdrobnieniem tego imienia jest Fred, a Fred to mały dokuczliwy chłopiec, który ma ciągle figlarne ogniki w oczach i nie przepuści żadnej okazji do żartu.

I tak spędziliśmy ten wilgotny i szary weekend wspólnie. I przyznam się, że rzadko bywa mi tak kolorowo, jak w ten weekend.

Oglądaliśmy Kraków nowymi oczyma, oczami Freda. Dziwiliśmy się wszystkiemu i cieszyliśmy, jakbyśmy to miasto widzieli po raz pierwszy. Słuchaliśmy naszych wspólnych kroków na bruku ulicy Jagiellońskiej i w pustym kościele św. Anny. Ścigaliśmy się wbiegając po schodach (wygrywał Fred). Przepytywaliśmy się nawzajem z historii wyszytych na wawelskich arrasach (wygrywał D.). Fryderyk, jako kwiat francuskiej armii, tłumaczył nam czym się różni arkebuz od muszkietu, my tłumaczyliśmy mu jaka jest różnica między bigosem a alzacką choucroute. I kosztowaliśmy razem różnych gatunków wódki (wygrywałam ja...). Wspólnie potem przysypialiśmy w podziemach wielickiej kopalni soli, próbując się dotlenić, po całonocnej imprezie, najodowanym powietrzem. Biliśmy (trochę udawane) brawa na koncercie w jednym z krakowskich barów, a potem godzinę czekaliśmy w ciemnościach i wilgotnej mgle na zapiekanki na Placu Żydowskim. Popołudniami siadaliśmy w moim mały mieszkanku, odkręcaliśmy kaloryfer i, krztusząc się ze śmiechu, słuchaliśmy obciachowej muzyki z lat osiemdziesiątych.

Słońce nie wyszło już ani razu. Ale mi było bardzo ciepło, mimo ciągłego niewyspania i bólu głowy. W towarzystwie dwóch przystojnych mężczyzn, poświęcających całą swoją uwagę tylko dla mnie, wymieniających się dowcipami i ironicznymi docinkami.

(Właściwie czułam się tak rewelacyjnie, że przedstawiłam im mój prosty i genialny pomysł: wynajmiemy duże mieszkanie i zamieszkamy w nim we trójkę, chłopaki mają co chwilę wspaniałe pomysły na nowy "biz" więc na pewno mieliby co robić w Krakowie. Niestety! Mój pomysł wzbudził sprzeciw, kpiące sarkania i na dodatek wzniecił skojarzenie zupełnie sprzeczne z moją czysto niewinną ideą! O esprits mal tournés !)


Po prostu świetnie bawiliśmy się - ja, D., Fryderyk i Fred.


Tagi: ludzie, kraków


rozcinam-pomarancze...2009-10-19 22:45:32 skomentuj



Niebo
Dziś rano słońce zza chmur wyszło zupełnie śmiało, w nawias biorąc ten miniony mokry i lodowaty tydzień. Jakby tego wszystko nie było, tej szarości i bombardowania wodą ze śniegiem lub śniegiem z wodą na przemian. Dzisiaj ludzie są bardziej wyprostowani, mniej zmaltretowani zimnem.

Wysiadam z tramwaju, chowając do torebki czytaną książkę. Jest zimno. Patrzę w niebo. Jest czysto błękitne, widać tylko smugi samolotów. Otulam się kolorowym szalikiem i mocniej związuję pasek płaszcza. Szare buty sięgają powyżej kolan, nogi zgrabnie omijają kałuże. Dzisiaj, za pięć minut dosłownie, D. wyląduje w Krakowie. Dzisiaj słońce na niebie i drzewach maluje wszystkie kolory.


Tagi: w chmurach


rozcinam-pomarancze...2009-10-16 09:56:19 skomentuj



Język polski, cz. III
D.: Poszedłem na pierwszy kurs polskiego dzisiaj!

Ja: O! I jak było?

D.: Bardzo fajnie. Nasza nauczycielka jest polska i fajnie mówi.

Ja: Świetnie! A jak inni kursanci?

D.: Jedna stara kobieta ma polski mąż. I nazywa się Gombrowicz!

Ja: O... myślisz, że on jest potomkiem pisarza?

D.: Nie wiem. Ale ten jej mąż to jest BARANEK Witolda Gombrowicza.

Hmm... Chyba, od tej pory, zacznę przed snem liczyć moich bratanków.


Tagi: prozą


rozcinam-pomarancze...2009-10-14 17:17:17 skomentuj



Julie i Julia

Kiedy słyszę "Meryl Streep", po prostu biegnę do kina. Nie znając tytułu ani fabuły. Nawet wiedząc, że będę musiała słuchać piosenek Abby przez cały wieczór. I prawie nigdy nie żałuję.

Tak też było wczoraj, choć, szczerze mówiąc, mały multipleks w pewnym śląskim miasteczku nie oferował nic innego, co dałoby się oglądać. Wiedziałam, że film Nory Ephron będzie o kuchni i o blogach. I choć czasem amatorsko i dyletancko uprawiam obie te aktywności, pomyślałam, że to nie jest dobry materiał na film. Jak tylko zgasło światło, okazało się, że się pomyliłam.

Oto Meryl Streep czyli filmowa Julia wjeżdża stylowym samochodem do Paryża lat pięćdziesiątych, jest roześmiana i szczęśliwa i zajada się dobrymi rzeczami. Czy mógłby być bardziej obiecujący początek?  W następnych scenach inna Julie, w czasach nam współczesnych, frustruje się pracą i mieszkaniem na przedmieściach Nowego Jorku. I choć wydawałoby się, że te dwie postaci są zbyt odległe od siebie, tak naprawdę łączy je bardzo wiele. Obie szukają swojej drogi i pasji, obie znajdą ją w kuchni i w pisaniu. A obserwowanie ich zmagań z rzeczywistością było dla mnie wesołą i często wzruszającą zabawą.

Film powstał na podstawie dwóch różnych historii, które splatają się w jedną, spójną opowieść. Współczesna Julie jest pokazana jako wrażliwa ale dość chimeryczna osoba, swoją kulinarną idolkę traktuje jako nie tylko wzór do naśladowania, ale też psychiczne wsparcie. Julia z lat pięćdziesiątych jest natomiast postacią pełną pogody i spontaniczności. Przyznam się, że pierwsza z nich była mi znacznie bliższa i wydała mi się prawdziwsza (co też jest zasługą uroczej Amy Adams), ze swoimi wzlotami i upadkami, strachem i płaczem w kuchni, nie mówiąc już o kopaniu w kosz na śmieci (Julie, jakbym siebie w lustrze widziała! Chociaż, muszę wyznać, że gdyby D. po każdej takiej awanturze wychodził i nie wracał na noc, to rzadko sypiałby w swoim własnym domu...) (Tu proszę usłyszeć mój szatański chichot).


Historia postaci, którą gra Meryl, wydała mi się jakoś bardziej polukrowana. (Bo czy naprawdę są takie osoby, które zabawiając gości cały wieczór i zamykając potem za nimi drzwi, dalej zachowują pogodę ducha? Zawsze mam wrażenie, że ludzie muszą kiedyś ściągnąć tą maskę, pod którą kryje się coś dużo mniej lekkiego.) Mimo tego, to właśnie ta bohaterka i komiczny talent Meryl gwarantuje świetną zabawę i wybuchy śmiechu (bądź wycie i pianie, jak to było w moim przypadku, skruszona przepraszam szanownych współwidzów...).



Film może być też wspaniałym doświadczeniem dla wielbicieli kuchni, zwłaszcza francuskiej i uwaga, absolutny zakaz wstępu do kina z pustym żołądkiem!!! Już samo patrzenie na to bœuf bourguignon, homary, îles flottantes, te wszystkie malinowe kremy i musy czekoladowe, powoduje chęć udania się galopem do kuchni/restauracji - co kto woli!

Trudno powiedzieć, że ten film jest arcydziełem czy niezapomnianym przezyciem. Raczej zabawnym i miłym obrazkiem. Ale niestrawności po tym filmie też nie będzie, na pewno, obiecuję!


Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2009-10-11 14:44:47 skomentuj



train de ciel
A miasteczko P. zorganizowało takie pożegnanie:
świt

Lądujemy w Krakowie około 10 rano. Miasto wita nas słońcem. A taka aura bardzo ułatwia powitania. Na drzewach ciepłe barwy, kasztany już pokurczone i nie tak błyszczące.

Po pracy dom. W domu koc i opasłe tomisko Półbrat.
(W telefonie mój własny i kompletny Brat. Ma zmęczony głos, jak zawsze.)

Zamykam się. Ostatnie dni: goście, Nuit Blanche, zwiedzanie, bary, zdjęcia. Za dużo wrażeń. Na chwilę mocno zamykam za sobą (zupełnie nieprzenośne) drzwi.


Tagi: foto, na walizkach


rozcinam-pomarancze...2009-10-08 21:00:04 skomentuj



c.d.
Pytanie: Co jeszcze wiesz o Polsce i Polakach?
Odpowiedź: Polaków jest bardzo dużo i oni są wszyscy bardzo zdolni, bo oni wszyscy mówią po polsku, a to bardzo trudny język.


PS Dzisiaj na obiad ma być zupa z kurek czy ktoś zna jakiś świetny przepis?


Tagi: prozą


rozcinam-pomarancze...2009-10-06 10:10:25 skomentuj



Język polski
D. stękając i ocierając pot z czoła, pracowicie wypełnia internetowy test znajomości języka polskiego, kwalifikujący go do odpowiedniej grupy kursu. Robi to na głos i tylko wrodzony takt, ekhm, pomaga mi powstrzymywać się przed wybuchami śmiechu.

D. - P'tite, a jak się odmienia słowo "ciasteczki"? Bo ja chcę napisać, że "nie lubię ciasteczki", ale wiem, że tu trzeba zmienić przypadek. Tylko nie wiem na jaki. A w ogóle jak się mówi po polsku "piano"? Wiedziałem ale zapomniałem.

Ja. - D., to naprawdę nie ma sensu,  żebym Ci podpowiadała. Po prostu, używaj tych słów, które znasz, możesz przecież pominąć te, które zapomniałeś.

Oto co, między innymi, znalazło się w wypełnionym już teście:

"Pytanie: Kto to był Fryderyk Chopin?
Odpowiedź: Fryderyk Chopin to był znany polski muzyk, który nie grał na gitarze."


Tagi: prozą


rozcinam-pomarancze...2009-10-02 08:00:00 skomentuj



Chez les artistes
Weekend w Krakowie jest chwilą wytchnienia od pracy. Po prostu weekendem (chyba, że jest to weekend kiedy przyjeżdża D., to inna sprawa). Ale weekend w Paryżu to... Naprawdę nie chodzi mi o to miasto lub mnogą ofertę wszystkiegokolwiek. Po prostu jest to czas, kiedy D. nie pracuje. Kiedy jego garnitur wisi swobodnie na wieszaku, a on sam jest zrelaksowany i nieogolony (kłamstwo, bo zawsze ma brodę...). W Paryżu pracuje się całą tarczę zegara albo dłużej. W dni codzienne zostają nam poranki i bardzo krótkie wieczory. Dlatego od piątku wieczora łapczywie rzucamy się na każdą minutę wspólnego czasu.

Ale ostatni weekend był dla mnie niepowtarzalny właściwie z innego powodu. Dzięki otwartym drzwiom u artystów.

MenilmontantMenilmontant to XX dzielnica Paryża, ostatnia czyli najpóźniej do niego włączona (dokładnie w latach sześciedziesiątych XIX wieku, oczywiście przez barona Haussmanna). Wschód Paryża był kiedyś miejscem przemysłu, a zatem domem dla robotników i imigrantów ściągających z byłych kolonii. Do dzisiaj jest zamieszkany przez ludność uboższą i nie tak imponujący i monumentalny, czy też burżuazyjny jak innne części Paryża. Nie tak "wypolerowany",  za to na pewno niepozbawiony uroku. Taka jest też Menilmontant, dzielnica pnąca się ostro w górę. Była kiedyś wioską, gdzie ludzie przybywali pić wino (tańsze niż w stolicy, bo nie obłożone tak wysokim podatkiem), gdzie kwitły "cabarets" i "guinguettes". Ludzi było coraz więcej, mieszkali w coraz bardziej przerażających warunkach, a ich domostwa stały się ruinami grożącymi zawaleniem. Dlatego wiele z nich wyburzono, pobudowano na ich miejsce budynki socjalne, bloki i wieżowce. Mimo wszystko, ten bukoliczny duch przetrwał w jakiś dziwny sposób, a na wiejskie ślady łatwo trafić, zaglądając w niektóre kąty. Jest to też miejsce tanich czynszów lub squatów więc pełne artystów. I to właśnie u nich gościliśmy się w ten weekend.

Spędziliśmy intensywny i niepowtarzalny czas, wchodząc do każdego napotkanego atelier, rozmawiając z ciekawymi ludźmi, robiąc mnóstwo zdjęć (tylko jedna kobieta zabroniła mi, zimnym zresztą głosem), oglądając, pytając, biorąc udział w różnych spektaklach i happeningach. Poniżej tylko parę strzępków z naszych licznych wizyt:

Artyści (czasem przy pracy, czasem całkiem skupieni na gościach):








Ateliers (patrząc na te pracownie, najbardziej żałuję, że brak mi talentów plastycznych, bardzo chciałabym mieć zestaw kolorowych farb i ołówków, szkoda, że nie bardzo umiałabym się nimi posługiwać):







Ich dzieła, takie moje coups de coeur:











A najlepiej poczuliśmy się w pracowni bardzo serdecznego pana Raoula Velasco (którego, nota bene, teść jest polskim Żydem, cudem uratowany od masakry w Katyniu). Raoul jest litografem, jego dzieła są oniryczne, zagadkowe, czasem erotyczne. Nie szczędził nam czasu opowiadając o technice, którą się posługuje.



Dzięki niemu przygarnęliśmy małego Alladynka. Ma niesamowitą fakturę, prawie aksamitną (Raoul pokazał nam jak wiele pracy trzeba włożyć, żeby osiągnąć taki efekt).

Upadły Alladyn, Raoul Velasco

Upadły Alladyn (Aladin déchu), Raoul Velasco

P.S. Bardzo przepraszam artystów, że nie jestem w stanie podpisać ich dzieł imieniem i nazwiskiem, z początku starałam się wszystko notować, ale szybko dałam za wygraną, ze względu na mnogość wrażeń i zdjęć.



Tagi: foto, paryż


rozcinam-pomarancze...2009-09-29 13:45:17 skomentuj



Whatever works


Uwielbiam Woody'ego Allena, zwłaszcza dlatego, że nie zostawia mnie dłużej niż rok bez nowego filmu. Wprawdzie gadatliwych i neurotycznych facetów znoszę tylko na jego ekranie, nie w życiu codziennym, ale zawsze się cieszę na spotkanie z nowym wirtualnym alter ego Woody'ego. Gorzej gdy w którymś filmie taki przemądrzały gaduła nie występuje...

Nowym film Allena, jest zarazem jego starym filmem, może dlatego, że scenariusz powstał w latach siedemdziesiątych. Niektórym to przeszkadza, że za mało aktualne, że zderzenie konserwatywnego Południa z inteligencką Północą nie tak wygląda w dzisiejszych czasach, że związek młodej dziewczyny z podstarzałym mężczyzną już nie szykuje, nie mówiąc o odkrywaniu skłonności gejowskich itd., itd. Mnie to tylko nie przeszkadzało, za to dało lekki posmak podróży w czasie. Znerwicowany ekscentryk, mający obsesję na punkcie mikrobów i wyzywający wszystkich wokół od marnych gąsienic (znam tłumaczenia polskiego, ale "gąsienica" jest moim najnowszym słowem hitem) stał się od razu moim ulubionym bohaterem. A blondwłosa kopia Kelly Bundy z Południa mówiąca o entropii doprowadzała mnie do łez.

Byle działało. A teraz biorę się za cierpliwe czekanie na następny film.

Tagi: kino


rozcinam-pomarancze...2009-09-27 11:44:22 skomentuj



pożegnanie lata
pożegnanie lata

Z pozycji leżącej, na oślep, bo pod słońce, wbrew wszelkim zasadom fotografii czyli tak jak lubię najbardziej.


Tagi: foto, paryż


rozcinam-pomarancze...2009-09-25 09:42:56 skomentuj



au soleil, sous la pluie
Zabawne, początek września był tak bogaty w dobrą lekturę i kino, że postanowiłam przyrządzić długą notkę, notkę listę, zatrzymującą obrazy, wrażenia i zapachy (no dobra, nie było zapachów). Notkę trafił przysłowiowy szlag, a właściwie moja głupota. No nic, otarłam wtedy łzy i poszłam pobiegać na Błoniach.

A potem Paryż przywitał mnie słońcem, tak jak cztery lata temu... Tylko w niedzielę, w Saint-Germain-en-Laye, złapała nas krótka, jeszcze letnia ulewa... A lato żegnałam, wzorem Paryżan, leżąc na wznak na rozgrzanej trawie, nieopodal Sacré Coeur.





Tagi: paryż


rozcinam-pomarancze...2009-09-24 10:54:45 skomentuj




statystyka